— Tak, to ja, panie. Modliłem się o rychłe wybawienie. Bo gotów jestem, gdy mnie Pan zawezwie... Ja.
— Słuchaj no, kucharzu — przerwał pan Baker — ludzi tam zabija zimno.
— Zimno? — rzekł posępnie kucharz — będzie im wnet za gorąco.
— Co takiego? — spytał pan Baker, patrząc wzdłuż pokładu na bladawą jasność pieniącej się wody.
— To banda grzeszników — ciągnął kucharz uroczyście, acz głosem cokolwiek niepewnym — grzeszników, z których składa się bractwo każdego okrętu na tym występnym świecie. Ja sam...
Trząsł się tak, że ledwie mógł mówić na wietrze, w bawełnianej koszuli i w cieniutkich spodniach, skulony z kolanami pod nosem, wystawiony na pociski jadowitych, słonych kropel; mówił wycieńczonym głosem:
— Ja sam — każdej chwili... moja najstarsza latorośl, panie Baker... sprytny chłopak... ostatniej niedzieli na lądzie, właśnie przed tą podróżą, nie chciał, panie, pójść do kościoła. Więc ja powiadam: „Masz się ubrać porządnie i pójdziesz, a jak nie, to muszę wiedzieć dlaczego”. Cóż on robi?... Do stawu, panie Baker — do stawu wpadł w swoim odświętnym garniturze. Przypadek?... „Nic ci nie pomoże, chociażeś student”, mówię... Przypadek!... Sprałem go, panie, tak, że mi ręka ścierpła...
Tu głos mu zadrgał — Sprałem go — powtórzył, zgrzytając zębami, po chwili zaś wydał jakiś ponury dźwięk, coś jakby jęk lub chrapanie. Pan Baker wstrząsnął go za ramiona. — Hej! Kucharzu! Do góry uszy, Podmore! Słuchaj no — czy jest jeszcze świeża woda w kuchennej cysternie? Okręt, zdaje mi się, już mniej leży bokiem; spróbuję pójść na przodek. Nieco świeżej wody sprawi im ulgę. Hallo! Czuwaj! Czuwaj!”
Kucharz wyprostował grzbiet i polazł w stronę dziobu. — Ja pójdę, proszę pana, nie pan! Kuchnia — mój interes! — ożywił się.
— Patrzcie, kucharz oszalał — rozległo się kilka głosów.