Nadciągająca ze wschodu noc wywabiła z jasnego nieba ten purpurowy szmat lądu, jak plamę.

— Martwa cisza — rzekł ktoś spokojnie.

Gwarność rozmów od razu przycichła, zamarła; grupy rozprzęgły się; żeglarze jeden za drugim poczęli schodzić na dół wolno, z powagą na twarzach, jak gdyby zdając sobie sprawę z przygniatającej zależności od czegoś niewiadomego. A gdy wielki, żółty księżyc wtoczył się powolutku na ostro uciętą grań widnokręgu, zastał już okręt spowity w głuche milczenie; ten nieulękły okręt, który zdawał się spać głębokim snem bez marzeń na łonie straszliwego, uśpionego oceanu.

Donkin przeklinał bezruch — okręt — i morze, które rozpościerało się wokoło, objęte w nieskończoną ciszę wszechstworzenia. Żarł się w sobie poczuciem jakichś krzywd niewypowiedzianych. Napędzono mu strachu w znaczeniu fizycznym, ale urażona jego pycha nie została poskromiona; czuł, że nic nie jest w stanie uleczyć jego zranionych uczuć. Oto już ląd — rychły powrót do domu — licha zapłata — brak odzieży — znów ciężka praca. Jakie to wszystko obrzydliwe. Ląd. Ląd, który wysysa życie z chorych żeglarzy. Ten Murzyn, o — ten to ma pieniądze — ubranie — wypoczynek i nie chce umierać. Ląd wysysa życie... A gdyby tak pójść zobaczyć, jak stoi ta sprawa. Może już... Byłaby to niezła gratka. Ten bęcwał ma pieniądze w kuferku...

Wystąpił żwawo z cienia na światło księżycowe, i w jednej chwili chciwa i strawiona głodem jego twarz z żółtej stała się sina. Odemknął drzwi kajuty i zadrżał. Z pewnością Jimmy już nie żyje! Leżał nieruchomo na wznak ze splecionymi rękami, jak postać wyrzeźbiona na wieku kamiennej trumny. Donkin wybałuszył pożądliwe ślepia. Wtem Jimmy, nie poruszając się, mrugnął powiekami i to znów wstrząsnęło Donkinem. Te oczy były przerażające. Zamknął za sobą ostrożnie drzwi, wpatrując się z natężeniem w Dżemsa Waita jak gdyby wśliznął się tu z narażeniem życia, aby udzielić jakiejś niesłychanie ważnej tajemnicy. Wait nie ruszał się, lecz kącikami oczu spojrzał na Donkina.

— Cisza? — spytał.

— Tak — rzekł Donkin, wielce rozczarowany, i siadł na kuferku.

Jimmy oddychał spokojnie. Przywykł do takich odwiedzin o każdej porze dnia i nocy. Goście zmieniali się kolejno. Nie zniżając głosu, mówili przyjazne słowa, powtarzali stare dowcipy, słuchali jego powiedzeń; i każdy, wychodząc, pozostawiał, zda się, trochę własnej żywotności, zrzekał się cząstki swojej siły, odświeżał wiarę w niezniszczalną moc życia. Jimmy nierad był zostawać sam w kajucie, ponieważ, gdy był w niej samotny, czuł się, jakby wcale go tam nie było. Nic mu nie jest. Żadnych cierpień. Teraz nic. Zdrów był zupełnie — ale tą pełnią zdrowia nie mógł się napawać, jeśli nie stwierdzała jej niczyja obecność. Gwoli temu nadawał się równie dobrze ten gość, jak i ktokolwiek bądź inny. Donkin śledził go spod oka.

— Teraz już prędko w domu — odezwał się Wait.

— Dlaczego mówisz szeptem? — badał ciekawie Donkin — Czy trudno ci głośniej?