— Mam nadzieję, że nie uprzedził pan Montera, co zamierza pan zrobić? — rzekł doktor z niepokojem.
— Usiłowałem mu uświadomić, że istnienie kopalni wiąże się z moim osobistym bezpieczeństwem — mówił Charles Gould, odwracając oczy od doktora i zatrzymując je na akwaforcie wiszącej na ścianie.
— Uwierzył panu? — spytał doktor pośpiesznie.
— Bóg wie! — rzekł Charles Gould. — Powiedziałem to ze względu na moją żonę. On jest dobrze poinformowany. Wie, iż jest tam don Pépé. Zapewne Fuentes mu powiedział. Wiedzą, iż stary major jest najzupełniej zdolny wysadzić w powietrze kopalnię San Tomé bez żalu i wahania. Gdyby tak nie było, nie wypuszczono by mnie zapewne z Intendencji i nie pozwolono by odejść swobodnie. Wysadziłby w powietrze wszystko z poczucia rzetelności i z nienawiści — z nienawiści do tych liberałów, jak się sami nazywają. Liberałowie! Dobrze znane słowa mają w tym kraju koszmarne znaczenia. Wolność, demokracja, patriotyzm, rząd — wszystko to trąci brednią i zbrodnią. Czy nie tak, doktorze?... Ja jeden mogę powstrzymać don Pépégo. Gdyby... gdyby się mnie pozbyli, nikt go nie powstrzyma.
— Będą próbowali wejść z nim w układy — napomknął doktor znacząco.
— To bardzo możliwe — odparł Charles Gould bardzo cicho, jak gdyby mówił do siebie, patrząc wciąż jeszcze na szkic wąwozu San Tomé. — Myślę, że będą próbowali — Spojrzał po raz pierwszy na doktora. — Zyskam na czasie — dorzucił.
— Oczywiście — rzekł doktor Monygham, powściągając swe podniecenie. — Zwłaszcza jeśli don Pépé będzie zachowywał się dyplomatycznie. Czemu nie miałby ich zwodzić nadzieją powodzenia? Hm? W przeciwnym razie nie zyska pan tak wiele na czasie. Czy nie można by mu wydać polecenia, żeby...
Charles Gould, nie spuszczając oka z doktora, potrząsnął głową, ale doktor mówił dalej z niejakim uniesieniem:
— Żeby zaczął się układać o poddanie kopalni. To dobra myśl! Tymczasem pański plan by dojrzał. Nie pytam oczywiście, jaki on jest. Nie chcę o nim wiedzieć. Nie słuchałbym, gdyby pan zaczął o nim mówić. Nie jestem stworzony do słuchania zwierzeń.
— Co za niedorzeczność! — mruknął Charles Gould niechętnie.