Pani Gould nie potrzebowała zajmować się kopalnią. Jej przedstawicielami w codziennych sprawach koncesji byli ksiądz i lekarz, ale jej kobieca skłonność do podniet znajdowała pożywkę w wydarzeniach, których znaczenie uzyskiwało swą czystość w ogniu jej podsycanych wyobraźnią zamierzeń. Tego dnia zabrała ze sobą do portu oboje Avellanosów, ojca i córkę.
Wśród różnych innych zajęć w tych burzliwych czasach don José stanął na czele Komitetu Patriotycznego, który znaczną część wojsk z okręgu Sulaco zaopatrzył w broń palną ulepszonego systemu. Wyzbywało się jej wówczas pewne wielkie mocarstwo europejskie, zaprowadzając u siebie jeszcze doskonalsze śmiercionośne narzędzia. Jaką część ceny rynkowej za tę broń, nabytą z drugiej ręki, udało się pokryć z dobrowolnych składek najznakomitszych rodów i ile w ten sposób zebrano pieniędzy, które don José zdołał wysłać zagranicę, było tajemnicą znaną tylko jemu samemu. Pewne jednak, że ricos, jak ich nazywało pospólstwo, nie szczędzili grosza pod naciskiem wymowy swego Nestora146. Niektóre bardziej entuzjastyczne panie składały w ofierze nawet swe klejnoty w ręce człowieka, który był duszą i życiem swego stronnictwa.
Bywały chwile, iż zarówno jego życie, jak jego dusza zdawały się uginać pod brzemieniem tylu lat niezachwianej wiary w odrodzenie. Gdy siedział teraz wyprostowany w powozie obok pani Gould, wyglądał jak martwy. Jego piękna, stara, starannie ogolona twarz miała jednostajną barwę, jak gdyby ją wyrzeźbiono z żółtego wosku. Miękki pilśniowy kapelusz ocieniał jego ciemne, nieruchome oczy. Antonia, piękna Antonia, jak ją nazywano w Sulaco, siedziała naprzeciwko. Jej bujne kształty i surowy owal jej twarzy o pełnych, czerwonych ustach czyniły ją dojrzalszą od ruchliwej, drobnej, silnej postaci pani Gould pod lekko chwiejącą się parasolką.
Antonia niemal nie odstępowała swego ojca. Jej bezsprzeczna czułość łagodziła nieco gorszące wrażenie, jakie wywoływało lekceważenie przez nią nieubłaganych zasad regulujących życie dziewcząt południowoamerykańskich. I rzeczywiście, nie była już dziewczątkiem. Powiadano o niej, iż niejednokrotnie pod dyktandem swego ojca pisywała dokumenty państwowe i że zdążyła przeczytać wszystkie książki z jego biblioteki. Podczas przyjęć — kiedy pozory ratowała obecność zgrzybiałej staruszki (kuzynki Corbelanów), która głucha jak pień, siedziała nieruchomo w fotelu — Antonia dotrzymywała pola w dyskusji z dwoma lub trzema mężczyznami równocześnie. Oczywiście, nie była dziewczyną, którą zadowalałoby spoglądanie przez zakratowane okno na otuloną w płaszcz postać wielbiciela, kryjącego się w bramie przeciwległego domu, co w Costaguanie uważa się za poprawną formę zalotów. Utrzymywano powszechnie, iż ze swym cudzoziemskim wychowaniem i cudzoziemskimi pojęciami wykształcona i dumna Antonia nigdy nie wyjdzie za mąż, chyba że poślubi jakiegoś cudzoziemca z Europy lub Ameryki Północnej, co było rzeczą możliwą, gdyż zanosiło się, iż Sulaco zaleją wkrótce przybysze z całego świata.
Rozdział III
Gdy generał Barrios zakończył swe przemówienie do pani Gould, Antonia podniosła niedbale rękę, trzymającą rozpostarty wachlarz, jak gdyby chciała osłonić przed słońcem swą głowę otuloną lekkim, koronkowym szalem. Jasne spojrzenie jej błękitnych oczu, wyzierających spod czarnego rąbka rzęs, zatrzymało się chwilowo na rysach jej ojca, a potem podążyło dalej ku młodemu człowiekowi, który mógł mieć lat około trzydziestu, był średniego wzrosty, raczej krępy, ubrany w jasne palto. Wspierając niedomkniętą dłoń na gałce gibkiej laski trzcinowej, przyglądał się z daleka; skoro jednak spostrzegł, iż zwrócono na niego uwagę, podszedł spokojnie i oparł łokieć na drzwiczkach powozu.
Kołnierz od koszuli, obejmujący nisko szyję, bujny węzeł krawata, krój ubrania, okrągły kapelusz i lakierowane obuwie, wszystko to wywoływało wrażenie francuskiej elegancji. Ale poza tym był to typowy okaz przystojnego, hiszpańskiego Kreola. Bujny wąs i krótka, kędzierzawa, płowa broda nie zakrywały całkiem jego ust, różowych, świeżych, o niemal nadąsanym wyrazie. Jego pełna, krągła twarz miała tę ciepłą, zdrową białość Kreolów, która nie ciemnieje nigdy pod promieniami ich ojczystego słońca. Martin Decoud nieczęsto doświadczał na sobie działania costaguańskiego słońca, pod którym się urodził. Rodzina jego przebywała długo w Paryżu, gdzie studiował prawo, zabawiał się literaturą, a w chwilach zapału spodziewał się niekiedy zostać poetą na podobieństwo innego cudzoziemca hiszpańskiego pochodzenia, Joségo Marii Heredii147. W innych jednak chwilach raczył pisywać artykuły o sprawach europejskich do „Semenaria”, głównego dziennika w Santa Marta, który je zamieszczał pod nagłówkiem: „Od naszego specjalnego korespondenta”, aczkolwiek powszechnie było wiadomo, kto był ich autorem. Cała Costaguana, gdzie wieści o ziomkach przebywających w Europie są przyjmowane niechętnie, wiedziała, że był nim „syn Decoudau”, o którym przypuszczano, iż ma dostęp do wyższych sfer towarzyskich. W rzeczywistości był to płytki boulevardier148, utrzymujący stosunki z kilkoma zjadliwymi dziennikarzami, których niezbyt ceniono w redakcjach, ale za to chętnie widywano w przybytkach, gdzie zwykli zabawiać się przedstawiciele prasy. To życie, którego czczą powierzchowność powleka pokost uniwersalnej blagi, podobnie jak głupie błazeństwa arlekina pokrywa błyskotliwość pstrego kostiumu, napoiło go niby to francuskim, a w rzeczywistości najzupełniej niefrancuskim kosmopolityzmem, który w istocie swej był tylko jałową obojętnością, przybierającą pozy wyższości intelektualnej.
O swej ojczyźnie tak zwykł był mawiać do swych francuskich towarzyszy:
— Proszę sobie wyobrazić atmosferę opery buffa149, w której wszystkie komiczne czynności teatralnych mężów stanu, bandytów i tak dalej, wszystkie ich komiczne złodziejstwa, intrygi i morderstwa odbywają się ze śmiertelną powagą. Jest to do rozpuku zabawne, krew leje się przez cały czas, a aktorom zdaje się, że oddziaływają na losy wszechświata. Rzecz jasna, każdy rząd, gdziekolwiek by był, jest rzeczą nadzwyczaj komiczną dla krytycznego umysłu, ale my, południowi Amerykanie przebraliśmy, zaprawdę, wszelką miarę. Nawet człowiek o bardzo miernej inteligencji nie może wziąć udziału w tej farce macabre150. Trzeba przyznać, iż ci ribierzyści, o których słyszy się obecnie tak wiele, starają się we właściwy sobie, komiczny sposób uczynić ten kraj miejscem, w którym da się żyć, a nawet chcieliby spłacić nieco długów. Moi przyjaciele, zrobicie lepiej, jeżeli będziecie pisali o señorze Ribierze w ten sposób, jakby to chodziło o dobro waszych akcjonariuszy. Jeśli to, co mi w listach donoszą, jest prawdą, to mogą mieć oni niejaką nadzieję.
I drwiąco tłumaczył im, czym kieruje się don Vincente Ribiera, ten żałosny człowieczek, uginający się pod brzemieniem swych dobrych chęci. Wyjaśniał im znaczenie wygranych bitew, opowiadał, kim jest Montero (un grotesque vaniteux et feroce151) oraz w jaki sposób przy pomocy nowej pożyczki ujęto w jeden wielki finansowy schemat rozbudowę kolei i kolonizację rozległych połaci kraju.