— Chyba pani nie przypuszcza, że miałem na myśli don Carlosa? — odezwał się Decoud.
Powóz zatrzymał się wreszcie przed bramą Casa Gould. Młodzieniec podał rękę damom. Wysiadły pierwsze. Za nimi podążał don José w towarzystwie Decouda. Podagryczny, stary odźwierny dreptał na końcu, niosąc lekkie okrycia.
Don José ujął pod ramię publicystę z Sulaco.
— „Porvenir” powinien zamieścić długi, podniosły artykuł o Barriosie i o potędze jego armii z Cayty. Trzeba dodać otuchy krajowi. W odpowiednich streszczeniach należałoby go nadać telegraficznie do Europy i Stanów Zjednoczonych dla podtrzymania przychylnej opinii za granicą.
Decoud mruknął:
— O tak, trzeba podtrzymywać na duchu naszych przyjaciół spekulantów!
Długi, otwarty krużganek wraz z nieruchomym kwieciem roślin, umieszczonych w doniczkach wzdłuż balustrady, nurzał się w cieniu. Wszystkie oszklone drzwi prowadzące do salonów stały otworem. Dźwięk ostróg zamierał gdzieś w drugim końcu.
Basilio, stojący opodal pod ścianą, rzekł miękkim głosem do przechodzących pań: „Senior administrador powrócił dopiero co z gór”.
W wielkiej sali, gdzie staroświeckie, hiszpańskie i nowoczesne, europejskie meble stanowiły niby dwa różne ośrodki pod wyniosłością białego sklepienia, jarzyło się wśród grupek karłowatych foteli srebro i porcelana zastawy stołowej, tworząc jak gdyby buduar179 kobiecy, pełen niewieściej, pieściwej delikatności.
Don José usiadł w fotelu na biegunach i umieścił kapelusz na kolanach. Decoud przechadzał się wzdłuż salonu, krążąc wśród stołów zastawionych cackami i niewidocznych niemal za wysokimi oparciami wysłanych skórą kanap. Myślał o gniewnej twarzy Antonii; miał nadzieję, iż uda mu się z nią pojednać. Nie po to pozostał w Sulaco, by zrażać do siebie Antonię.