Ale Charles Gould, widocznie zajęty jakąś myślą, nie rzekł na to nic, nie uczynił nawet znaku. Nieprzeniknioność tego przedstawiciela koncesji Gouldów miała swe zewnętrzne odcienie. Niemota jest tylko fatalną ułomnością, ale król Sulaco dostatecznie władał słowem, aby otoczyć się tajemniczym urokiem milczącej potęgi. Milczenie jego, poparte w razie potrzeby siłą wysłowienia, posiadało w swych odcieniach tyle znaczeń, ile ich zawrzeć mogą słowa, oznaczające zgodę, wątpienie, przeczenie lub bodaj zwykły komentarz. Jedne zdawały się mówić wyraźnie: „zastanów się nad tym”, inne dawały niedwuznacznie do zrozumienia: „dobrze, dalej”. Proste, ciche: „rozumiem”, poparte twierdzącym skinieniem na zakończenie cierpliwego półgodzinnego posłuchania, równało się zawarciu ustnej umowy, której ludzie nawykli ufać bezwzględnie, skoro stała za nią kopalnia San Tomé, która jako ośrodek materialnych interesów była tak potężna, iż nie zależała od niczyjej dobrej woli na całym obszarze Zachodniej Prowincji, mianowicie od takiej dobrej woli, której by nie mogła kupić za pieniądze. Ale dla krzywonosego człowieczka z Esmeraldy, który myślał tylko o wywozie skór, milczenie Charlesa Goulda było zwiastunem niepowodzenia. Widocznie nie był to czas sprzyjający rozwojowi kupieckich interesów. Przemknęło mu przez głowę przekleństwo, obejmujące cały ten kraj wraz z jego mieszkańcami, bez względu na to, czy stali po stronie Ribiery czy Montera; jego niemy gniew zaczął wzbierać łzami na myśl o niezliczonych skórach wołowych, które zmarnują się na sennych obszarach Campo, gdzie wśród zakola widnokręgu sterczą samotne palmy niby okręty na morzu, znacząc się nieruchomością swych potężnych sylwetek, podobnych do wysp okrytych listowiem, nad pierzchliwością rozfalowanych traw. Tam gniły skóry bez niczyjej korzyści, gniły, porzucone przez ludzi, którzy poszli czynić zadość pilnym koniecznościom rewolucji politycznych. Praktyczna, kupiecka dusza señora Hirscha wzdrygała się przed tymi szaleństwami, gdy pełen szacunku, ale i niepokoju żegnał się z potęgą i majestatem kopalni San Tomé w osobie Charlesa Goulda. Nie mógł powściągnąć rozdzierającego bełkotu, który wydarł się z jego boleściwego serca:

— To wszystko jest bardzo, bardzo niemądre. Ceny skór w Hamburgu idą ciągle w górę. Oczywiście rząd Ribiery będzie chciał z tego korzystać, gdy się już ustali. Tymczasem...

Westchnął.

— Tak, tymczasem — powtórzył Charles Gould zagadkowo.

Kupiec wzruszył ramionami. Ale nie zamierzał jeszcze odejść. Prosił, ażeby mu było wolno wspomnieć o pewnej drobnej sprawie. Miał dobrych przyjaciół w Hamburgu (tu wymienił nazwę firmy), którzy by bardzo chętnie podjęli się dostawy dynamitu. Kontrakt na dostawę dynamitu dla kopalni San Tomé, a potem może dla innych kopalń, które na pewno... Człowieczyna z Esmeraldy chciał rozwodzić się dalej, ale Charles mu przerwał. Cierpliwość señora administradora zaczęła się wyczerpywać.

— Señor Hirsch — odezwał się — mam taki zapas dynamitu w górach, że mógłbym w pył obrócić dolinę — podniósł nieco głos — że mógłbym wysadzić w powietrze pół Sulaco, gdyby mi się podobało.

Charles Gould spoglądał z uśmiechem na zaokrąglone, przerażone oczy handlarza skór, który zabełkotał śpiesznie:

— No tak, no tak — i zbierał się do odejścia. Niepodobna było handlować materiałami wybuchowymi z tym administradorem, który był tak dobrze w nie zaopatrzony, a przy tym tak zniechęcał. Nadaremnie znosił męki piekielne w siodle i narażał się na okrucieństwa bandyty Hernandeza. Nie udało się ani ze skórami, ani z dynamitem. Nawet ramiona przedsiębiorczego Izraelity wyrażały przygnębienie. W drzwiach pokłonił się nisko naczelnemu inżynierowi. Ale u podnóża schodów, na patio, przystanął i położył pulchną rękę na ustach z wyrazem zamyślonego zdziwienia.

— Po co on nagromadził tyle dynamitu? — mruknął do siebie. — I dlaczego mi o tym powiedział?

Naczelny inżynier, zajrzawszy przez drzwi do pustego salonu, skąd przypływ polityczny wyciekł już aż do ostatniej marnej kropli, powitał poufałym skinieniem głowy pana domu, który stał nieruchomo jak żeglarski znak na mieliźnie, wśród opustoszałego zbiorowiska sprzętów.