Kapitan Whalley odrzekł spokojnym basem:
— Między skałami od wschodu.
— Pan jest tego pewny? Więc statek nigdy już się stąd nie wydostanie.
— Za pięć minut pójdzie na dno. Łodzie, Sterne. Nawet jedna łódź ocali was wszystkich w tę ciszę.
Chińscy palacze rzucili się niesforną gromadą do lewostronnych łodzi. Nikt nie usiłował ich zatrzymać. Malaje uspokoili się po chwilowym zamęcie, a zachowanie Sterne’a było przyzwoite. Kapitan Whalley stał w miejscu nieporuszenie. Myśli jego były mroczniejsze niż ta noc, w ciągu której stracił statek pierwszy raz w życiu.
— Przez niego straciłem statek.
Wysoka postać, stojąca przed kapitanem wśród szczątków zaścielających mostek, szepnęła obłędnie:
— Nikomu ani słowa!
Massy podszedł bliżej, potykając się. Kapitan Whalley słyszał, jak mu zęby dzwoniły.
— Mam pana kurtkę.