Dziecię na ręku jéj śpiące całował,

Wychodził, wracał, usiadał na progu,

Modlił Kobolóm, Kawie lał ofiary,

I szedł, i tęském ozierał się okiem,

Aż mu za lasem znikła chaty strzecha,

Męztwo871 z zapałem do serca wstąpiło.

Już gasły stosy, biegli wojownicy;

Pod nowogródzkim zamkiem usłał niemi;

Jakby mrówisko872 rozsypane nogą,

Czerniało z dala — wrzało i szumiało.