Milczał trochę.
— A żubr ostatni zdechł — dodał — i westchnął.
Zegar wskazywał godzinę, w której król zwykł był iść do królowéj, kazał zawołać szambelana.
Brühl czuł się odprawiony z niczém, a cały zachód był stracony. Nie wiedział czemu ten opór przypisać; Guarini i on spoglądali na siebie. Król spieszył z wyjściem. Musieli natychmiast za nim wyjść także z pokojów i Brühl wciągnął spowiednika do gabinetu przyległego.
Papiery rzucił na stół zniechęcony.
— Nie rozumiem — rzekł.
— Pacienza! Col tempo e colla paglia Maturano le nespole! — odparł Guarini — do jutra, to nie mogło się stać tak prędko. Król nie mówił nic, oswoi się z tą myślą, a że nic mu tak nie cięży jak ponawiane szturmy, postawicie na swojém.
Zamyślił się minister.
— Zawsze to źle! — rzekł — w sercu coś dla Sułkowskiego zostało.
Poczęli szeptać i naradzać się z Guarinim. Jezuita natychmiast udał się do królowéj, Brühl z papierami do domu.