Jakoż w miarę jak się sypały włoskie żarty i przycinki, królewicz zdawał się zapominać o doznanéj przykrości i dobrodusznie znowu mu się uśmiechał. Lecz trzeba było wysiłków kilku wesołego Ojca, aby całkowicie znieść powracającą chmurę tę i nie dał spoczynku królewiczowi, aż póki nie posłyszał tego znanego sobie głośnego, szczerego śmiechu, który zwiastował, że Naj. Pan o troskach tego świata zapomniał całkowicie.
Nazajutrz znikł radzca i szambelan królewski Watzdorf. Nikt się nie śmiał dopytywać zrazu, co się z nim stało: była to piérwsza tego panowania ofiara. W kilka dni pocichu zaczęto szeptać sobie, iż go zawieziono do Königsteinu. Królewicz nigdy więcéj imienia jego nie wspominał; Sułkowski i Brühl zdawali się nie chciéć wiedziéć o tém.
Trwoga padła na dwór i nieprzyjaciół skrytych obu ministrów. Brühl, przy zdarzonéj okoliczności, o ile mógł głośno, umył ręce od téj sprawy, zarzekając się, iż wcale o niéj nie wié i do niczego się nie mieszał.
W Merkuryuszu historycznym, rodzaju gazety francuzkiéj, wychodzącéj naówczas, stały wkrótce potém następujące słowa:
„Ci, którzy znali zblizka swawolny i satyryczny sposób myślenia tego młodego pana, który w sprawach bezpośrednio po śmierci Augusta Mocnego zaszłych, nie jednę miał zręczność, z kaustycznym swym się popisać dowcipem, nie będą zdziwieni katastrofą, jaką mu oddawna wprzód przepowiadano.”
Watzdorf już się nigdy więcéj nie pokazał światu. Po czternastoletniém więzieniu na Königsteinie, zmarł dobity tęsknotą i niewolą.
II
W rok po tych wypadkach, pałac w którym Brühl mieszkał, jaśniał rzęsistemi światłami. Nigdzie wspanialéj jak w Dreznie nie umiano występować przy uroczystościach, nigdzie się nie bawiono z większym przepychem, którego tradycye po sobie August Mocny zostawił. Od dworu zbytek ten przechodził do otaczających pana, potém do zetkniętych z nimi: do mających stosunki z wyższém towarzystwem, w części nawet do zamożnego mieszczaństwa. Bankierowie ówcześni dawali bale dla dworu, mile był widziany każdy, kto się do zabawy przyczyniał, a umiał się czémś niespodziewaném przysłużyć.
Ognie sztuczne, illuminacye, wieńce, kwiaty, muzyki, obrazy występowały, ilekroć najmniejsza nastręczała się zręczność3.
Brühl był jednym z najrozrzutniejszych dorobkowiczów swojego czasu, dziwił on tych nawet, którzy się czemukolwiek dziwować przestali. Oświecenie jego pałacyku wytwornością swą przechodziło oddawna widywane w stolicy. Ogromny tłum ludu w pewném przyzwoitém oddaleniu przypatrywał się z poszanowaniem należném kamienicy tak możnego pana, błyszczącéj różnokolorowemi lampami, jakby wieńcami drogich kamieni i kwiatów. Na samym szczycie nad bramą w owalnéj tarczy, po nad którą spadały dwie girlandy różowe z zielnią, białemi gwiazdy wysadzane, świeciły dwie czule z sobą złączone głoski: F. i H. Trochę niżéj dwie w transparentach tarcze herbowe, pochylone ku sobie i sparte, mieściły dwa pola niezrozumiałemi dla gminu hieroglifami heraldycznemi zapisane. Dworacy tłumaczyli ciekawym, że to były nowożeńców rodowe znamiona.