— Sama?
— Tak sądzę, ekscelencyo!
— Oznajm hrabiego Sułkowskiego z pożegnaniem i mnie.
Kamerdyner wyszedł żywo, w pokoju panowało milczenie.
Bardzo prędko otworzyły się drzwi.
— Pani prosi!
Sułkowski z ciężkością, jakby zmęczony, powstał z kanapki i poszedł ku salonowi, Brühl za nim.
Mimo wstrząśnięcia, jakiego doznał, niktby go z jego twarzy nie wyczytał; gotowało mu się wewnątrz, ale się uśmiechał obojętnie.
W salonie zastali stojącą piękną panią Brühlową. Właśnie wracała z asambli u królowéj, które zwykle trwały od godziny 4-téj do 6-éj po obiedzie. Strojna była i jaśniejąca pięknością, która więcéj dziwiła niż ujmowała. Coś dzikiego błyskało w jéj oczach, coś okrutnego śmiało się czasem w ustach, jakiś niepokój ogarniał patrząc na nią. Było to odbicie tego niepokoju, jaki w jéj duszy panował.
Spojrzała na Sułkowskiego.