On jeden mógł z niego coś dobyć, innym się to nie udawało. Stary księżyna wszedł z tą swą spokojną miną, zawsze wesołą lub do uśmiechu skłonną.
Król nań chmurno popatrzył i głowę odwrócił.
Pomimo zimnego przyjęcia, Padre usiadł na taborecie i podparłszy się na ręku odezwał:
— Czy wolno spytać W. Kr. Mości, co tak zasępiło jego czoło? Wierny sługa się tém martwi.
Odwrócił się August, pokiwał głową; coś niewyraźnego zamruczał i chwycił fajkę. Nastąpiło milczenie.
— Lżéjby było W. Kr. Mości — rzekł Padre — gdybyś raczył mi się zwierzyć.
— Głupstwo! — rzekł król.
— Nie warto się gryźć — odparł Ojciec.
— Głupstwo! — powtórzył raz jeszcze.
To powiedziawszy król wstał; począł się przechadzać wzdychając, i jak miał zwyczaj, kiedy go co niecierpliwiło, nogą podrzucał co na drodze znalazł, lub co mu się zdawało leżéć na drodze.