Po mszy i po niezbędnych posłuchaniach, na które nie wiele grzecznych słów wyszafował roztargniony pan, Brühl został z nim sam na sam.
Mógł się domyślać że o czémś mowa będzie, bo król chodził niespokojny, stawał często naprzeciw niego, mrugał, uśmiechał się smutnie, odchodził, wracał znowu i stawał uporczywie, nie mogąc się jakoś zdobyć na rozpoczęcie rozmowy. W ostatku zatrzymał się, położył rękę na ramieniu ministra i spytał:
— Brühl, co ty mówisz o Sułkowskim?
Jakkolwiek przygotowany Brühl się zaciął i oczy spuścił.
— N. Panie — odparł zręcznie bardzo — ja pewno nieinaczéj o nim trzymam jak W. K. Mość.
— A wiesz ty co ja o nim myślę?
— Nie wiem, ale jestem wiernym sługą Pana mego, i mam za przyjaciół tych których on widzi dobrze, za wrogów tych co mu są nie mili. W. K. Mość byłeś łaskaw umieścić przy swéj osobie dwóch moich braci, otóż gdyby jeden z nich miał nieszczęście zasłużyć na gniew króla, wyparłbym się brata.
Królowi się twarz wypogodziła.
— Brühl! ja ciebie kocham! — zawołał.
Minister schylił się do ręki pana.