— Zwykłem się modlić sam — rzekł — a tam powołują mnie obowiązki, więc darujecie mi.
Wskazał ręką w stronę, od któréj gwar ich dochodził.
Zinzendorf stał.
— Żal mi was — zawołał — gdybyśmy tu pod tém drzewem zanucili pieśń wieczorną: Bóg nasza twierdza, Bóg nadzieja nasza...
— Naówczas — dorzucił paź — posłyszałby to w. łowczy, lub który z podkomorzych króla i nie zamknęliby nas do kordegardy, bo tu jéj niéma, aleby odprowadzili do Drezna pod Frauenkirche i osadzili na odwachu.
To mówiąc ruszył ramionami, skłonił się lekko i chciał iść, ale Zinzendorf zastąpił mu drogę.
— Czy istotnie wzbroniono się tu znajdować? — zapytał.
— Może to was podać w podejrzenie i na nieprzyjemności narazić. Życzę się oddalić. Za Hubertzburgiem jest wieś i gospoda, która da wygodniejszy nocleg, niż pień bukowy.
— Którędyż iść mamy, aby nie wnijść w drogę N. Panu? — zapytał Zinzendorf.
Brühl wskazał ręką i już odchodził.