Na widok zbliżającego się Sułkowskiego, skromny paź królewski ustąpił z drogi, przybrał postać baranka, zgiął się nieco, uśmiechnął wdzięcznie i zdawał taką okazywać radość, jakby mu najpiękniejsza z bogiń dworu Augusta się ukazała. Sułkowski przyjął ten uśmiech i nieme, pełne poszanowania powitanie, z powagą ale z łaskawością razem. Z dala ręką wyjętą z za kamizeli potrząsł i nieco głowę uchylił, zwolnił kroku, zbliżył się i odwracając do Brühla, rzekł wesoło:
— Jak się masz Henryku! cóż tak samotnie rozmyślasz? Szczęśliwy, możesz odpoczywać, a ja tu za wszystko odpowiedzialny i nie wiem od czego począć, żeby o niczém nie zapomnieć.
— Gdybyś hrabia kazał mi sobie pomódz?
— A! nie, dziękuję ci; trzeba obowiązki swe spełnić! Dla takiego gościa jak nasz pan miłościwy, wszelki trud miły.
Westchnął zlekka. Cóż? polowanie się udało; ja, jak wiész, nie mogłem być na niém, łowczego wysłałem z ekwipażami, w zamku tyle było przygotowań...
— Tak! polowanie się wybornie udało, N. Pan był w humorze, w jakim go oddawna nie widziano.
Sułkowski do ucha Brühlowi się pochylił: — Któż tam teraz w alkowie panuje? hę?
— Doprawdy, nie wiem: mamy pono bezkrólewie?
— A! a! to nie może być! — zaśmiał się Sułkowski — Dieskau? nie...
— A! nie, to są dawno pogrzebione rzeczy... ja, nie wiem.