— Cóż daléj? — zapytała maseczka — mówcie co zabawniejszego: słyszałam to tyle razy.
— A cóż ja wam, hrabino, innego powiedziéć mogę! — zawołał Brühl głosem drżącym — ile razy spójrzę na was, wre we mnie zemsta, kipi gniéw, burzy się zazdrość, a na usta leci przekleństwo.
— Bardzo poetycznie! — szepnęła kobiéta. Cóż daléj?
— Gdybym śmiał, przeklinałbym was i dzień i godzinę, w któréj widziałem was po raz pierwszy — mówił czule Brühl — ale spójrzę i jestem złamany. Macie nademną władzę?
— Ale czy ja mam? — odwracając się i spoglądając ku niemu chłodno odezwała się kobiéta.
— Potrzebujęż przysięgać i na co się zdała moja przysięga wam, gdy innemu przysięgłaś przed ołtarzem.
— Ja nie potrzebuję przysięgi — odparła spokojnie kobiéta — ja chcę przekonania, a tego często i przysięga nie daje.
Patrzyła nań długo.
— Moja miłość...
Kobiéta przerwała mu uśmiechem.