Zostali znowu sami.
— Nie ma w tém tajemnicy — odezwał się Hennicke z uśmiechem — potrzeba wiele pieniędzy, musimy powymiatać zasieki. Nie ma ich, ale muszą być.
Globig i on wzięli za kapelusze oba.
— Hennicke... spodziewam się, że my z sobą zawsze.
— Nawet gdyby padać przyszło? — rzekł u drzwi stojący gospodarz, krzywiąc twarz ironicznie.
— A pocóż — odparł szybko Globig — owszém, gdy jeden pada, drugi powinien zostać i twardo stać, aby go podnieść. Gdy się przyjdzie do góry piąć, to razem.
— A gdy padać, to kułakiem w kark? — spytał Hennicke.
— Nie, tego nie wymagajmy od siebie, cha! cha! — podali sobie ręce.
Hennicke już wychodził, gdy w przedpokoju ukazał się nowy przybylec: postać wysoka, długa, chuda, ręce cienkie, nogi jak laski, twarz przeciągła, niepiękna, ale pełna życia i pojętności.
— Patrzcie! i ten tu! — rozśmiał się Hennicke. Globig uderzył ręką po boku.