— Jakie nagrody? — spytał zdziwiony nieco królewicz.
— Niech mi Najjaśniejszy Pan daruje — odparł Guarini — po ludzku rzeczy biorąc, tym co najtrafniéj strzelać będą, należy coś w nagrodę i na pamiątkę.
— O tém nie pomyślałem — zawołał królewicz, obracając się wkoło i szukając kogoś oczyma.
— Jeżeli mi wolno będzie — przerwał kłaniając się Guarini — to ja zaofiaruję nagród pięć. Wiele nie mogę, ubogi jestem, ale na uciechę mojego najdroższego pana, składam mój maluczki dar u stóp jego.
Królewiczowi oczy się rozśmiały.
— No co? co? — zapytał.
— A! to moja tajemnica! — zawołał Padre — tego wydać nie mogę przed czasem.
Wskazał ręką na budkę.
— Nagrody moje tam się mieszczą. Pięć najlepszych strzałów je otrzyma.
Zakrawało to na jakąś farsę zabawną, bo O. Guarini liczył się do najgorliwszych króla zabawiaczy; silił się często na koncepta niekoniecznie świeże i wymuskane, byle dobroduszny uśmiech wyprowadzić na twarz spokojną milczącego pana.