Chociaż nad nią nie spodziewano się innych gości, od sieni aż na piérwsze piętro wiodące wschody zajęte były po obu stronach całym szeregiem w pyszną liberyą postrojonych lokajów; na górze stali kamerdynerowie, marszałek dworu i pazie ministra.
Królewsko już urządzony był dom jego na przybycie żony: wyświeżony, odnowiony i powiększony. Świecił cały od porcelany, sréber, bronzów, kobierców i tysiąca fraszek a cacek, któremi wiek ów otaczać się lubił. Brühl tłumaczył się z téj okazałości tém, że panu swojemu honor nią czynił; zaręczał, że ostatni grosz oddawał na nią, aby przepychem swoim saskiemu domowi przyczynić blasku. Gdy powóz zatrzymał się przededrzwiami pałacu i wielka ochmistrzyni wysiadła z niego z pomocą zięcia, dano jéj piérwszy krok i sama powoli weszła na górę. Brühl chciał podać rękę żonie, która udała, że tego ruchu nie widzi i poszła obok niego sama. Piękna twarz panny Franciszki na ten dzień miała wyraz powagi, dumy i smutku, obudzający w świadkach podziwienie. Śladu weselnego szczęścia na tém obliczu pochmurném nie było. Wszystkie cuda i świecące przystrojenia kosztowne domu obojętném mierzyła okiem, jakby ich widziéć nie chciała; szła jak ofiara zrezygnowana, która wié, że się losowi nie oprze, ale się szczęścia nie spodziewa. Znać miała czas ostygnąć, rozmyślić się, oswoić z położeniem swojém, bo i strasznego bólu nie niosła na twarzy, ale chłód tylko przerażający.
Ból jeśli był, stał się chorobą trawiącą, powolną, która się z życiem splotła.
W salce na górze, któréj ściany rzęsistemi wiązkami jarzącego światła były okryte i błyszczały całe lustrami, kryształowemi łzy i iskrzącemi ramami obrazów, zatrzymała się hrabina Kolowrath, obejrzała się, szukając córki idącéj za nią. Frania szła i stanęła przy niéj milcząca. Z drugiéj strony Brühl w fioletowym ze złotem fraku aksamitnym ślubnym, w białéj ze złotem kamizelce i koronkach, z uśmiechem na ustach, z bukietem u guzika, stał z pokorą i słodyczą uśmiechając się do matki.
Milcząco przysunęła się ona do córki, pochyliła głowę, przyłożyła usta do jéj czoła i długim pocałunkiem żegnała odchodzące dziecię, które nie wzruszyło się tym czułości dowodem. Matce, choć dwór i życie ostudziły ją dawno, łzy się zakręciły w oczach.
— Bądźcież szczęśliwi — szepnęła — błogosławię was! Bądźcie szczęśliwi — i rękę przyłożyła do oczów wzruszona. Brühl pochwycił drugą, okrywając ją pocałunkami.
— Potrzebujecie być sami — dodała głosem złamanym. — Moim obowiązkiem było odwieźć tu was i pobłogosławić; niechce was męczyć: ja sama muszę spocząć po tych wrażeniach...
Odwróciła się do Brühla.
— Polecam ci żonę — rzekła — bądź dla niéj dobrym, bądź przywiązanym mężem. Frania przywiąże się téż do ciebie: bądźcie szczęśliwi! Szczęście na ziemi kochać i niestałe... słodzić sobie należy dnie życia a nie zatruwać. Franiu, ufam, że będziesz i ty dobrą dla niego...
Zakryła oczy, jakby jakaś myśl dopowiedziéć jéj przeszkadzała, co miała w duszy, jakby coś wstrzymywało jéj wyrazy na ustach; jakby się byli powinni dorozumiéć wiele, czego dotknąć nie mogła.