— N. Panie — odezwał się hrabia cicho — jest to arcydzieło sztuki, to pewna, ale... ale...
— Ale cóż? — bąknął król trochę namarszczony.
— Ale — mówił minister — przedmiot jest trochę za mytologiczny, i gdyby uchowaj Boże, Jéj Królewiczowska Mość nadeszła...
Król sposępniał i przestał nalegać, twarz stała się poważną, poruszył głową znacząco.
Sułkowski w kątku pokoju postawił pudełko: oko Augusta poszło za nim.
— A kto malował? — zapytał.
— Mistrz włoski — rzekł Sułkowski — jestto arcydzieło Tycyana; choć drobnego rozmiaru, ale przedziwnego wykonania.
Usłyszawszy nazwisko, król się skłonił, jakby samego Vecellego witał, i szepnął:
— Gran Maëstro! Maëstro!
Sułkowski jakby już o obrazie nie było mowy stanął i zaczął co innego. Król popatrzał nań jakby nie rozumiał, słuchał, zamyślił się i sam do siebie rzekł: