— Hm?? — odezwał się August.
— W. Królewska Mość przyzna mi — mówił daléj minister — że do sprawy Sułkowskiego wcale się nie mieszałem.
— Skończone! dosyć! skończone! — przerwał niecierpliwie trochę król.
— Nie zupełnie — kończył Brühl — i to właśnie jest nieszczęście. Objąłem po nim sprawy; jestem człowiek sumienny, musiałem wejść we wszystko.
Oczy króla otwarte szeroko patrzały na mówiącego, było w nich niemal coś groźnego.
— Znalazły się w papiérach rzeczy, korrespondencye ogromnie obwiniające niewdzięcznego sługę W. Kr. Mości; nadużycia, deficyt w kassie.
Król chrząknął mocno.
— Ale ja mam pieniądze jeszcze? Brühl? — zapytał żywo.
— Są, przecież nie tyle ileby ich być powinno — zniżając głos mówił minister. — Gorsza daleko iż listy, stosunki, komunikacye z dworami kompromitują Sułkowskiego i wskazują go jako wielce niebezpiecznego człowieka. W Polsce, jeśli się tam uda, będzie, zasłonięty prawami rzeczypospolitéj, wichrzyć; jeśli pojedzie do Wiednia, tam téż może być niebezpiecznym. Słowem, gdziebykolwiek się udał...
Mówiąc to Brühl powoli patrzał na króla jak w tęczę, zdawał się rachować z wrażeniem i do niego zastosowywać słowa. Znał on dobrze twarz i humor pański, a mimo to nie umiał sobie dobrze teraz wytłumaczyć co ona oznajmywała. August patrzał i słuchał zdumiony, oczyma biegał po pokoju, wracał na Brühla, czerwieniał, bladł, był zmieszany, żaden wyraz z ust mu się nie dobył.