— Wiem, sięgacie wyżéj myślą i ambicyą, ale po wschodach iść trzeba, inaczéj non si va sano. Dosięgłeś już bardzo wysoko, a jeszcześ się nie sparł na ramieniu kobiety, która czasem, jak skrzydło podnosi.
Brühl westchnął.
— O! wiem do kogo westchnienie, i co się w sercu twém dzieje. Lecz niewdzięczną królowę trzeba zapomniéć i szukać innéj — mówiła wyniosłego wzrostu pani.
— Szukać, aby, znalazłszy, być znowu odepchniętym i wzgardzonym?
— Wzgardziłaby chyba taka, coby się na tobie nie znała, a téj i żałować nie powinieneś.
Pochyliła się do jego ucha i szepnąwszy mu coś, znikła w tłumie.
Szedł daléj. Naprzeciw niego był już stół Frani Kolowrath, otoczony młodzieżą. Dzieweczka zalotna, śmiejąc się, pustując, wyszczerzając ząbki, podawała wszystkim, co kto zażądał. Przypatrywał się jéj z daleka. Była nęcącą i wdzięczną, w oczach jéj błyskał dowcip, ale z tą żywością swą zimną, równą dla wszystkich, niewyczerpaną, wydała mu się może straszną. Długo w nią oczy trzymał wlepione, zadumał się i nie mięszając w tłum, co ją otaczał, uszedł na stronę.
Zaledwie rzucił się na krzesło nieco znużony, chcąc spocząć i skupić myśli, gdy zbir znalazł się tuż i przysiadł do niego. Popatrzał nań z góry.
— Nieprawda — spytał — smakowała ci przedtém królowa, teraz myślisz, czyby z szynkarką nie poszło lepiéj? Przyznaj się!
Brühl, nie chcąc wdawać się w rozmowę, potrząsł głową.