Spojrzał Bartosz na swoich, potem na żyda i mruknął powitanie chrześcjańskie, które się tylko do domu i rodziny stosowało.
— Nu! jak się macie? — rzekł żyd sam zaczynając — dobrze żeście przyszli, czekałem na was.
— A cóż mi tam powiecie? — trochę dumnie odparł Bartosz — ciekawy jestem.
Żyd widać się obraził obojętnością budnika, od którego pokornego i serdecznego spodziewał się przyjęcia, wiedząc jak był ubogi. Stary zdejmował tymczasem z siebie torbę i strzelbę.
— Możebym wam naraił dobry interes, gdybyście mnie poprosili.
— A to wy nie wiecie, rzekł Bartosz, że ja nigdy nikogo o nic nie proszę, oprócz Pana BOGA?
— Nu! aj waj! Jaki wać dumny!
— Ale cóżto tam za dobry interes? Dacie mi robotę przy łuczywie u pana podsędka, czy dziegieć u pana Romualda? hę?
— Tfu! to nie ma co gadać; znalazłoby się co lepszego, nie taka robota.
— Schowajże dla siebie! — rzekł mu Bartosz kiwając głową.