— Doprawdy pani, że nie.
— Ale kiedy ja cię zawsze poznam moja kochanko.
— Ale nie droga pani. To nic, to tak, doprawdy.
— Powiedzże mi, proszę cię. Ja od razu poznałam, że coś ci jest kiedyś wchodziła; ty nic ukryć w sobie nie umiesz.
— Ale bo, droga pani...
— Każę ci, mów, proszę bardzo, mów mi zaraz panno Teklo, bo się gniewać będę. Słyszałaś, że mówiłam ci, każę?
— Nie chciałam pani mówić, bo doprawdy. To znów o tych nieszczęśliwych budnikach, o których już razy kilka wspominałam pani.
— Cóż im tam?
— Nieszczęście, prawdziwe nieszczęście. Wszakto pokazuje się, że ojciec a podobno i syn należeli do szajki złodziejskiej.
— Jezu Marja! czy to być może?