Julusia nic na to nie odpowiedziała. Słuchały znowu, nikt nie przybywał.

— Dziw to dziw — odezwała się znowu Pawłowa po chwili, niecierpliwie kręcąc głową — od ilu lat tu jestem, nigdy tego nie bywało.

— O! byle tylko nie jaki przypadek — mówiła ze łzami Julusia. — Te konie cudze, z któremi ojciec pojechał, młode, boję się żeby go nie uniosły, nie rozbiły.

Stara poskrobała się w głowę i mruczała: Już nie darmo sól się przewróciła, a gdy wychodzili z chaty, to wrony jak nadęte krzyczały.

Wtem wóz kowala zdaleka turkotać począł.

— Ot i Maciej jedzie! — zawołała Julusia — a ojca ani słychu. Chwalić Boga że choć brat jest, wyślemy go zaraz za ojcem do miasteczka.

Wóz zatrzymał się przed chatą i Julusia boso wybiegła z łuczyną aż na podwórze. — Macieju! Macieju! — krzyczała — nie wiecie co o ojcu, nie widzieliście go? Wszak do tej pory nie ma.

— Niech będzie pochwalony! Dobry wieczór.

— A to wy kumie, gdzież Maciej?

— Maciej — rzekł skłopotany kowal — Maciej...