Pospieszyli więc do więzienia budnicy, weseli i swobodni, że przecież raz skończyli to, co się im już nieskończonością wydawać poczynało. Bartosz jak zwykle leżał na słomie podparty na łokciu, gdy trzej wysłańcy przyszli mu oznajmić uwolnienie jego.
— No, panie Bartłomieju — rzekł Marcin wesoło wchodząc — dzięki Bogu jesteście wolni.
Podniósł głowę.
— Ha? — spytał nie dowierzając.
— Wstawajcie i chodźmy ztąd; jesteście wolni.
— Doprawdy? — Zerwał się na nogi. — A! Bóg wam zapłać! — I wyciągnął rękę ku pierwszemu z brzegu. — Ha! ależ mi się zdaje, jakbym dziesiątek lat tu siedział. A Maciej?
— I Macieja uwolnili.
— Chwała Bogu!
W tej chwili wszedł i syn nieśmiało do izby, z krótką fajeczką w ręku, bo ta go już nie opuszczała ani na chwilę. Ojciec popatrzał na niego, łzy mu się zakręciły w oczach i cicho szepnął:
— Ciężka Boża kara, ale sprawiedliwa! Dziej się wola jego. — I silniejszym już głosem, odezwał się nakładając torbę: — No! chodźmy.