Tuż obok trup jego matki dogorywał u słupa nagięty jeszcze ku dziecięciu...
Gasły wreszcie te pochodnie żywe, które dzień otwartego boju pogaństwa z Chrystusem oświeciły, konali na krzyżach ostatni... wywlekano trupy hakami, i tłum milczący, nie napasłszy zemsty, przejęty i zdumiony, stał niepokojąc się łatwém zwycięztwem.
Z Cyrku w tryumfie niesiono Cezara, obwieszanego palmami i wieńcami.
Z ciekawością okrutną młody rozpustnik kazał się nieść między szczątki męczenników, na plac krwawych zapasów, dopytując ludu swojego czy rad był i czy się nasycił... ale twarze gminu posępne były i zamyślone... wszyscy czuli, że rozpoczęto bój z siłą nadziemską.
Cezar długo pił rozkosz tego widoku i zapach ciał zgorzałych nozdrzami chwytał rozdętemi, wpatrując się w poszarpane zwłoki, w niedopalone szczęty trupów.
— Zwyciężeni — rzekł wreszcie z uśmiechem...
— Nie jeszsze — odparł Symon Magus — nie Cezarze! to mało! Spytaj jak śmierć ponieśli.
Neron zdumiony obejrzał się na siepaczy.
— Jeszcze nigdy nie widziano takiéj śmierci — odezwał się któś z tłumu — w nich siła jakaś czarów nieznanych: nie było jęków, ani miotania się i rozpaczy, nie zdawali się cierpieć nawet... Marli i konali jak człek usypia po uczcie... nie jeden uśmiechem witał śmierć i rzucał się na nią radośnie — nikt jéj nie uląkł...
— Jakaż w nich siła? — zapytał Neron.