Ztąd Martinian, który się sam z nim na sznurze spuścił, niżéj go jeszcze zrzucił, w drugą pieczarę z tą obojętnością kata, co się już ni łzów ni jęku, ni krwi nie lęka, bo codzień karmi się niemi...
W głębi ciemnicy wykutéj w skale, na któréj Capitol stoi, do któréj nigdy promyk światła nie zajrzał, i lampa niezstąpiła nawet by rozbić mrok wiekuisty — Piotr, rzucony na twardą opokę, nic dostrzedz nie mógł z początku, usłyszał tylko po chwili jakby szept cichy, i imie Chrystusowe wymowione we wnętrznościach ziemi.
Prawie razem z tym pocieszającym głosem uczuł zbliżenie się człowieka i choć oczy jego okrywała ciemność głęboka, poznał w nim towarzysza swojego Pawła. Oba Apostołowie rzucili się sobie w objęcia, niemym witając uściskiem, a siła ich zdwoiła się, gdy poczuli się razem. I ciemności prysły z przed ich powiek, i ściany rozstąpiły szeroko, gdy dłonie połączone i usta jedno brzmiące na pomoc Pana wezwały.
W cichości siedli u wilgotnych murów Tulliańskich.
W górze, nad ich głowami, ściskały się coraz nowe ofiary i jęk ich a dziwne krzyki, ryk rozpaczy, śmiechy pijane, dziko w ich uszach dźwięczały wśród spokoju jaki ich otaczał.
Od czasu do czasu przychodził siepacz uciszyć wrzawę prętem, jakby dzikiemi władał źwierzęty — a wycie i krótka chwila osłupienia znowu w jęki i płacze przechodziła. Tylko na dole, w lochu Tulliańskim cicho było i spokojnie.
A Processus i Martinian dziwili się dni pierwszych milczeniu temu, i jeden z nich codzień zstępował tam, by się przekonać, że więźniowie żyli, tak spokój ten niezwykły zadziwiał siepacza.
— Zaprawdę, mówili sobie dozorcy — jacyś to dziwni są ludzie, albo nie ludźmi być muszą — ani głód, ani postrach śmierci, ani ciemności straszne, ani męczarnie, które drugich o rozpacz przyprawiają, nie zamąciły ich pokoju... Są tak jakby byli u siebie, jakby z przyjacioły biesiadowali, a nocą słychać tylko szmer jakiś powolny i mowę ich cichą, jakby szelest spadającéj wody... w jakimś dziwnym języku modlitwę.
Zaprawdę, jeśli to są, jak mówią, chrześcijanie, to siła w nich niezmierna i Bóg jakiś być musi z niemi.
I rzucali im chleb spleśniały, spuszczali dzban z zatęchłą wodą Tybrową, a nigdy żaden nie usłyszał prośby ani żebrania o litość.