A! tam szumią bory nad starego ojca mogiłą... a syn nad nią nie płacze...
— Słuchaj jeno — przerwał mu Galilejczyk — i ja przecie jestem wygnańcem, ale dobrowolnym, i jam się tu nie rodził, i ja dzieciństwa lata nad dalekiém przebiegałem jeziorem, którego skały, wody i krzewy jeszcze mi się w sercu odbijają... piérwszy raz nogi moje depczą tę ziemię... Za morzami, w skalistéj krainie kołysała mnie matka moja... od kości jéj sam się wygnałem.
— O! to nie masz serca i niceś nie kochał! — wybuchnął Swew. — Tam u nas zimno i posępnie i dziko, i domy nasze z drzewa a gliny, w nich jako zwierz dziki mieścim się, jamy grzebiąc po puszczach; nie mamy szat, nie znamy zbytku, ale nędza nasza nam droga!... O! wróć mnie nędzy naszéj rodzonéj!
— Uspokój się a słuchaj — zawołał obcy — słyszysz mowę swą w ustach moich, niechże cię ona pocieszy i upewni, że cierpieć przestaniesz; ale bądź mężny i ożyj!
— Męztwo poszło ze łzami... ja chcę umrzeć i choć duchem polecieć nad białe morze moje, do chaty ojca i matki, na grób dziadowski. E! namówili mnie na wojnę w lasy Germańskie, z łukiem i pałką krzemieniem nabijaną — a płakała matka... a ojciec mówił, przyniesiesz nam łupy... I poszedłem, wzięli mnie rannego, sprzedali w niewolę. A tam, tam oni czekają powrótu, siedzi stara matka na progu i patrzy ku południu i wygląda syna... a siostry śpiewają... a ona...
I umilkł kładnąc się twarzą na murawie, by ukryć żal nie męzki, a Galilejczyk, który był usiadł przy nim na kamieniu, ulitował się snać cierpieniu człowieka, i znak dłonią ręki prawéj, uczynił nad czołem jego, jakby go błogosławił... Cudowne to przeżegnanie tak wielki i nagły uczyniło skutek, że patrzący z dala przerażeni, zdumieni, stanęli jak wryci.
Swew jakby ze snu przebudzony długiego, odrzucił włosy jasne, kurzem zwalane, na tył głowy i powstał... A choć na nogach utrzymać się nie mógł, przypełznął do Galilejczyka na kolanach, jako pies do pana swego, i położył się u nóg jego pokornie.
— Kto bądź jesteś, Boże czy człowiecze? — zawołał — nie opuszczaj mnie; z ust twoich słyszę mowę, którą wieki prawie nie poiło się ucho moje; weźmij mnie z sobą, a służyć ci będę. I nie chcę zapłaty innéj, tylko słowa, którego dźwięk mnie karmi...
— Nie jestem Bogiem; jestem jak ty człowiekiem — odparł Galilejczyk — zesłanym przez Boga do biédnych i prawie uciśnionych, i rozkazuję ci żyć, albowiem życiem dzisiejszém nabędziesz wieczne... I nie mnie służyć masz, ale Bogu, którego słowo żywi i cieszy, krzepi i karmi...
— Życie wieczne — podchwycił Swew. — A! wiem! zawołał po chwili — i u nas ojcowie mówią, że człowiek po śmierci wstaje w sile i młodości na innym świecie lepszym, i z bogami nowe rozpoczyna życie, które się nigdy nie kończy. Ale ja nie chcę żywota tego; tylko mi daj moją ziemię i matkę moją i ojca, i to, czém żyłem w młodości.