Gdy się to dzieje na scenie, a opróżnione miejsce po Cajusie czeka następcy, najdziwniejszy wypadek narzuca pana Rzymowi.
W rodzinie Cezarów żył dotąd na uboczu i mało widoczny, naówczas już nie młody Claudyusz.
Był on synem Drusa, dziecięcia żony Augusta, dosyć ukochanego przybranemu ojcu. Claudyusz urodził się w Lyonie;, ale to dziécię było tak z razu słabe, cherlające i niepozorne że je osądzono za niezdolne do udziału w sprawach publicznych. — Może temu zapomnieniu i pogardzie winien był Claudyusz, że na dworze Cezarów mógł dożyć śmierci Caliguli, niczyjéj nie obudzając zazdrości.
Wyszedłszy z lat dziecięcych, długo miał jeszcze przewodnika, który go nie odstępował, sądzono bowiem, że sam sobą nie potrafi kierować. Bolał ciągle, z odkrytą głową chodzić nie mógł, na igrzyskach widywano go w kapturku.
W dzień dójścia do lat męzkich, po cichu zaniesiono go do Capitolu, dla zwykłego obrzędu, bo pieszo pójść nie mógł. Ale jak w całéj téj dziwnéj rodzinie, obok najrozpasańszych namiętności i dzikości przechowywała się miłość nauki, sztuki, słowa — i to nawet upośledzone dziécię odebrało wychowanie staranne, które w pewien sposób umysł jego ukształciło, choć rola była niewdzięczna.
Claudyusz, pogardzony przez własną matkę, która go zwała niedokończoną potworą, wcześnie obsadzony był nauczycielami i począł się obeznawać z wymową i literaturą. Zdaje się10, że stary August był temu powodem, bo on jeden nie zupełnie o nim rozpaczał; reszta rodziny byłaby go może opuściła.
Późniéj, choć się cóśkolwiek poduczył i nabrał wprawy retorycznéj, znikł prawie z publicznéj sceny za Tyberyusza i Caliguli; dano mu oznaki konsularnéj godności, odmawiając władzy i praw konsula, i biédny ów człowiek krył się w towarzystwie ludzi gminu, włócząc się po Campanii, po ogrodach i willach rzymskich, pocieszając to nauką i księgami, to kośćmi i winem, które wśród próżnowania polubił.
Po kilkakroć senat chciał go dźwignąć z tego poniżenia, ale Tyberyusz nie dopuścił, odzywając się o nim z pogardą, jak o głupcu.
Cajus także żartował sobie z tego stryjaszka i szydził; była to nieszczęśliwa ofiara jego dworaków. — „Jeśli mu się trafiło spóźnić na wieczerzę, pisze Swetoniusz, z trudnością go dopuszczano do stołu; musiał całą salę obejść, nim sobie miejsca wyszukał. Gdy się zdrzémnął po jedzeniu, co mu się zwykle zdarzało; rzucano nań pestkami oliwek i daktylów, a błaznowie budzili go uderzając kijkami lub biczami. Było to też we zwyczaju kłaść mu śpiącemu na ręce trzewiki, aby przebudzony, chwytając się za twarz, podrapał się niemi.
Tak się znęcano nad człowiekiem, który w upokorzeniu tém i spodleniu przebywszy długie lata, stary już dożył zabójstwa Cajusa.