W istocie był to senator Pudens, blizki krewny Cellii, człek dobrze już stary, który przedłużone życie, wśród najtrudniejszych przebyte czasów, za Tyberyusza, Caliguli, Claudiusza i Nerona, winien był najdziwniejszemu zbiegowi okoliczności.
Bogaty, żył skromnie i nie raził majątkiem, bo go nie używał nad miarę, możny, władzy swéj na złe nie używał, powiększenia jéj nie pragnął; mogąc łatwo wkupić się w znaczenie, zdawał się niém gardzić. Był to mąż starych czasów, jeszcze surowy dla siebie, powolny dla drugich, ojcowski dla niewolników, obyczajów skromnych i lubiący spokój, a swe atrium domowe nadewszystko... W niém on nie zrobiwszy sobie nieprzyjaciół, przebył nad zwitkami filozofów ostatnie lata, zajmując się sam wychowaniem synów lub naglądając na nie.
Nie widywano go ani w bazylikach, ani w Forum, ani w tłumie dworaków Cezara, rzadko na publicznych igrzyskach, i tam gdzie zgraje naciskać się zwykły — szukał zapomnienia, jak drudzy oklasków, i znalazł taki szacunek u ludzi, że nim spokój okupił. Ale pod owe czasy czyż dziś ręczyło za jutro? To uparte usunięcie się od oczów mogło samo nastręczyć niebezpieczeństwo; miało już pozór nieukontentowania.
Prócz tego Pudens nie stawił Cezarom posągów ani w swéj willi, ani w domu, nie zaklinał się co chwila na Augusta i rzadko nawet panującego wspominał.
Lada wyzwoleniec mógł go o brak pobożności pomówić... by część dóbr jego zagarnąć.
Dziewczątka przywitały starca, który się na ich widok uśmiechnął smutnie i skinieniem zapytawszy o Cellią, zmierzał ku niéj, gdy matrona właśnie wyszła ku niemu. Spotkali się w podwórcu, zkąd rozmawiając z Pudensem, Cellia mogła miéć na oku bawiące się w ogródku córki, i usiedli tu na dwóch bronzowych krzesłach stojących przy sobie, pokrytych miękkiemi poduszkami.
— A! bracie! jakżem ja cię dawno nie widziała, — ozwała się Cellia — cóż cię to tak trzyma w domu? czy thermy twoje? czy najem sklepów, czy gorszego co może?
— To co ciebie Cellio przykuwa także do domu; ty córki masz, ja synów, a obojgu nam z niemi ciężko...
I westchnął starzec głęboko.
— Lżéj ci przecie z synami niż mnie wdowie z dwojgiem tych wątłych kwiatków, wypielęgnowanych troskliwie... które lada mróz zwarzyć może, z któremi niewiem co zdarzą Bogowie, a lękać się muszę jak kobieta i matka...