Ta część orszaku świetna była i wspaniała, a dziki źwierz, ujarzmiony i pokornie wprzężony w wozy bogów Romy, opiewał zwycięztwo siły... Białe i czerwone statuy, wozy sadzone perłową macicą i drogiemi kamieńmi, całe poobwieszane oponami, dzicz ta łańcuchy i wstęgami ujęta, przerażona, posłuszna, a krwawą niekiedy błyskająca źrenicą, w krótkich sukniach kapłani i niewolnicy... składały obraz wielkiéj wspaniałości i powagi...
Tuż za pasmem wozów, w sukniach obcisłych, z krótkiemi włosy, sieroty rzymskie, dzieci nie mające ojców ni matek, a zostające pod opieką Cezara i Rzeczypospolitéj, wiodły konie przeznaczone do igrzysk w Cyrku. Piękne te stworzenia, z okiem błyszczącém i grzywą rozwianą, podkute blachami złotemi, wyrywały się na dźwięk muzyki i na okrzyki tłumu, podnosiły na chwilę, nogami bijąc po nad głowami efebów, póki silna ich dłoń do pokoju i posłuszeństwa ich nie zmusiła, i znowu drżące, przelękłe, z przytulonemi szły daléj uszami.
Za niemi postępowały dzieci Patrycyuszów, od maluczkich dwónastoletnich chłopców, do szesnastoletnich młodzieńców, szeregiem idąc jednako ubrane i przystrojone... Były to przyszłe Rzeczypospolitéj nadzieje, ale baczniejsze oko dostrzedz mogło, że im brakło surowego przykładu ojców i matek, że najemne wykołysały je ręce, a niewolnicy i Grecy płatni wychowali je pieszczotami i wczesnemi pochlebstwy. W bladych ich twarzach, w urągających się ustach, nie było powagi, ni dziwactwa, ni uczucia trwogi dziecinnéj. Część ich jechała konno, inni szli pieszo poprzedzając Edylów, Cenzorów i miejskich urzędników z Liktorami, ze dworem swym zwykłym, postępujących powoli, w wieńcach i togach.
Daléj szli synowie Senatorów i rycerzy, pieszo i konno, a tuż następowały wozy wyścigowe, lekkie, kunsztowne, na których stojący woźnice w barwach swych właściwych, znani i ulubieni ludowi zręcznie zażywali koni, hamując ich żywość, uśmiechając się na oznaki współczucia i szepty uwielbienia, które im towarzyszyły.
Sam Cezar im tego zazdrościł... choć tak namiętnie kochał zielonych!!
W tłumie już się niemal zakładano zawczasu, że zieloni mety dościgną...
Za wozami postępowały familije gladyatorów z najrozmaitszemi swemi do zapasów przybory...
A był to zastęp ludzi, jakich dziś już nie widać, z głębi lasów dzikich, z wnętrzności gór i dolin, z krain odległych ściągnięty, na uciechę ludu rzymskiego — potężnych ramion i pleców, rąk żylastych, twarzy srogich, na których tygrysi zapał boju i pragnienia krwi odmalowane było.
Tu szli Secutores, w hełmy uzbrojeni, krótkie mieczyki i tarcze, do pół nadzy; za nimi Thraces z trackim orężem, małą tarczą pokrytą skórą, dwiema włóczniami krótkiemi i hełmy bronzowemi; potém Retiarii z siatkami w rękach do uplątania przeciwnika, odziani lekko, z włóczniami o trzech żelezcach (fuscina tridens), mający walczyć z Secutorami, i Mirmillonowie z szyszakami, na których wierzchu sterczał wizerunek ryby, zbrojni w tarcze (pelta) i krzywe mieczyki, i Laquearii z powrozami na ramionach do zarzucania pętli na szyję przeciwnika, i Andabatii, walczący z zawiązanemi oczyma...
Każdą z tych familij wiódł naczelnik najgłośniéj walką wsławiony, a na czele Mirmillonów postępował Spiculus, znany ulubieniec Nerona, zbogacony jego łaską, wysoko podnosząc głowę straszliwą wyrazem rozbestwienia.Za gladyatorami cisnęła się gromada młodzieży i chłopiąt, wedle wieku poustawianych, w sukniach fioletowych, w pasach złocistych, z wieńcami i włóczniami w ręku. Starsi z nich tylko błyszczące hełmy mieli na głowie.