— O! jest ich tu dosyć! — rzekł ręką rzucając z pogardą gospodarz, który nagle ochłódł, i splunął odsuwając się od nich...
Piękna Syryjska dziewczyna, dosłyszawszy tych wyrazów z ust Candida, bliżéj przystąpiła ku niemu z ciekawością.
Dla niéj rodziméj mowy dźwięki odzywały się w pobratymczym języku Judei, a choć Candidus słowa po hebrejsku nie rzekł jeszcze, sam głos miał dla niéj coś pociągającego, jakby powiew od ojczyzny.
— Tyś obcy — odezwała się doń łagodnie i skromnie — zdaleka? może od naszych krajów i od Wschodu.
— Krew ojców moich tamtejsze ogrzało słońce — rzekł Candidus.
Dziewczę zadrżało, oko jéj błysło, ale starzec niespokojnie poglądając stał nad nią.
— No! idź-że spać kiedy znużoną jesteś — przerwał sucho — im i kto inny posłuży, nie potrzebna tu jesteś! Precz, precz, niewolnico.
I wygnał ją dziko się uśmiechając, a sam krok w krok śledząc odszedł za nią powoli.
Czarny kulawy niewolnik przyniósł im wodę do umycia; był to wychowany z dziecka w Rzymie człowiek, niegdyś sławny po cyrkach gladyator, dziś na starość posługacz szynkowy; szyderca i cynik, ale w sercu nie tak zły jak się wydawał. Wielka nędza dała mu niezmierną na wszystko obojętność.
— Co tam słychać w Rzymie? — zapytał niespokojnie Candidus.