A bolał straszliwie, bo się lękał, aby go o brak duszy i męztwa nie posądzili, a cierpienie szarpało nim gwałtownie, jak człowiekiem, co potrzebuje krzyknąć, by dać znak życia, a słowa wyrzec nie może.

Tymczasem w grocie wszystko było na pogotowiu, czółen wysłany mchami, kołysał się u wnijścia pod wydrążeniem skały, noc przyszła jak naumyślnie skwarna i duszna lecz ciemna, a choć na burzę zanosiło ku ranu, morze jakby ołowiane, spokojne, ciężkie, całą ogromną płaszczyzną przechylało się tylko drzemiące.

Juda i Rachel, zabrawszy co mieli ubogiéj pozostałości z domku na górze, odziani do podróży, oczekiwali tylko przybycia Rubena. Kobiéta, obawiając się być poznaną i nie chcąc zwracać oczów na siebie, twarz oliwkową umalowała barwą, gęstą przywdziawszy zasłonę. Przytulona do skały, stała z Judą i poglądała na pustą ścieżkę, wiodącą do pieczary.

Helios zmarszczony, groźny, niecierpliwy, był z niemi także, i wzrok jego wytężony, próżno za każdym szelestem zwracał się, szukając Hypathosa.

Wargi mu się trzęsły i czoło marszczyło.

— Gotów z obawy nie przyjść! — szeptał — gotów nas zdradzić i paść ofiarą oprawców! Biédne dziecko!

Ulp także, na wiośle sparty, mruczał po cichu:

— Drugiéj takiéj nocy ciężko się będzie doczekać! Galery i wioślarze rozproszeni, śpią strażnicy... noc czarna, morze ciepłe i uśpione... Dziś lub nigdy! a to chłopię nie przybywa!

Ale czekali napróżno. Rachel wybiegała co chwilę, podnosząc głowę ku górze, Juda załamywał ręce, Helios pogan przeklinał niewiernych, co dziecięciu lwią ojców odwagę wyjęli z serca. Rubena nie było i nie było.

Wiatr tylko kiedy niekiedy w skałach zagadał i znowu cisza długa zalegała wyspę, a wśród niéj tylko daleki szmer wodotrysków, krzyk nocnego ptaka, stłumione przybywały pieśni z Caprejskich lupanarów, śmiechy chłopiąt z Priscusa dworu, lub jęk bolesny, krótki a straszny, jakby konającego człowieka, którego dusza z ciała się wyrywa płacząc po życiu.