Wszystek tłum ten stanął przed wnijściem do groty i zamilkł, gdy starzec, sparty na ramieniu Hypathosa, spuścił się z tronu na ziemię i począł zbliżać do ołtarza z nim razem.
Dwóch ludzi czatowało oczekując wschodu słońca; na dany przez nich znak, ogień z wonnego rozpalony drzewa buchnął płomieniem jasnym i dymy białemi na chwilę zakrywając Heliosowi obraz, któremu przypatrywał się ze zgrozą i drżeniem...
Nim mgła ta rozeszła się ku górze wzbijając, promień słońca wdarł się do jaskini, oświecił posąg Mithry i krzyk boleści przeszył powietrze, krótki, urwany, śmiertelny...
Hypathos leżał u nóg Cezara, poświęcony przezeń na ofiarę słońcu, w samo serce wbitym nożem... strumień krwi płynął z piersi jego ostatkiem życia dyszącéj.
Helios ujrzał obraz ten straszliwy, krzyknął boleśnie i słaniając się z rozpaczy padł na kolana.
Na znajomy dźwięk tego głosu, Hypathos piękną swą głowę podniósł z ziemi błagający wzrok zwracając ku posągowi, rękę przyłożył do piersi zranionéj, westchnął i padł martwy... Uczucie boleści niewysłowionéj wypiętnowało się na zastygającém obliczu...
Siadłszy na ziemi Helios, okrył twarz i głowę szatą zwalaną, tając łzy które wylewał; Rachel tuląc się do Judy płakała na pół omdlona, brat zgrzytał z zemsty i gniewu... Wszyscy troje stali tak u téj szczeliny, u ściany, co ich dzieliła od świątyni krwią niewinną oblanéj. Ulp z tyłu, nie wiédząc co się stało, gromił ich boleść, urągał jéj prawie, nie mogąc powodu wytłómaczyć.
Nareszcie i sam zajrzeć zapragnął, poznał wyciągnionego na ziemi trupa, z którego strugą czarna krew płynęła jeszcze przez pierś rozbitą, i odskoczył przerażony.
Hymn na cześć Mithry-Słońca rozlegał się potężnie...
Po spełnionéj wielkiéj ofierze, bogu dnia i żywota, któremu najulubieńszą istotę własną ręką poświęcił Tyberyusz, kapłani padli na modlitwę za Cezara... on stał jeszcze chwilę zadumany, posępny i w orszaku młodzieży udał się nazad do Jowiszowéj willi... rozkazawszy ciało Hypathosa spalić na stosie przed samą pieczarą...