U drzwi zapuszczonych zasłoną, za któremi złożono na pół martwe ciało Tyberyusza, stanęli z uchem do ściany przyciśniętém, słuchając oddechu, szpiegując szelestu.
W izbie panowała cisza niczém nieprzerwana, ani jęku, ani westchnienia, ani głosu...
— Umarł — rzekł Cajus niecierpliwy.
— Idźmy i zobaczmy...
— A jeśli żyje?
— To żyć przestanie — odparł chwytając zasłonę Macron — żył dosyć!
I dźwigając drzwi silną ręką żołnierską pretoryanin wszedł śmiało do izby.
Dwóch niewolników opodal od łoża siedzieli na ziemi w milczeniu patrząc na łoże Cezara, który leżał nie dając już znaku życia. Macron zbliżył się i zwieszoną bezwładnie ujął rękę z pierścieniem — zimną była i skośniałą.
Cajus z po za niego poglądał, i podany annulus, znak władzy przyjął w dłonie drżące...
Ale w chwili, gdy połą szaty opadłéj na ziemię, miał Macron przykryć trupiéj bladości twarz Cezara; — zmarły podniósł głowę, otworzył oczy straszliwie i uśmiechnął się złowrogo... Cajus i Macron cofnęli się przerażeni... śmierć zajrzała im w oczy.