Ale twarz Tyberyusza była, jakby na przekór wesołemu obrazowi, smutną i posępną; znać umyślnie przybrał ją tą szatą, aby mu nie wykradziono z duszy wrażenia, którego doznawał.

— Gdzież jest Thrasyllus? — spytał — gdzie Graeculi? gdzie się podział Atticus? chodźmy...

— Dokąd rozkażesz? Panie?

— W dolinę, do gaju Wenery... niech tam zastawią ucztę wieczorną... chcę by i Thrasyllus w niéj uczestniczył... i ty Cajusie... i wy wszyscy... Nie będzie nas ani za mało, ani zbyt wielu...

Spojrzał tylko na Priscusa, który zaraz pochód otworzył.

Cajus Caligula, dwaj Grecy retorowie, Zenon i Theodoros, Thrasyllus, poszli za Cezarem, którego wyzwoleńcy wzięli na ręce z przenośném siedzeniem, rodzajem octophorum lekkiego, i drogą schodzącą w dolinę unieśli ku wskazanemu ustroniu.

Wszystkie te wille Tyberyuszowe, rozsiane po wyspie, połączone z sobą były szerokiemi drogami, wysadzanemi białą i wzorzystą marmurową mozajką. Miejscami zniżały się one powolnie na dół, lub szerokiemi wschody wiodły na skał wierzchy, przesuwając między zaroślami i gajami, drapiąc nad gór szczyty i rozdzielając na liczne gałęzie. Jedną z tych dróg właśnie, Tyberyusz, niesiony na ramionach swych ulubieńców, zstępował powoli w dolinę, w któréj gaj i wille Wenery położone były. Miejsce to, jedno z najczęściéj zwiedzanych przez niego, znajdowało się w osłonionéj zewsząd górami głębi i zasadzone umyślnie gajem pomarańcz, fig, kasztanów, powiązanych z sobą rzuconemi na ich gałęzie latoroślami winnemi. Do jednego z boków góry przyparta willa maleńka z żółtego marmuru afrykańskiego, wisiała nad zieloną doliną i gajem. Budowniczy oparł ją na wykutych w skale pilastrach i starał się uczynić tak przezroczystą i lekką, jakby nie z kamienia, a z trzcin ją i drzewa układał. Wschody z obu stron spartego na kolumienkach wnijścia, obwieszone bluszczami, wiodły przez małą sień do wspaniałego atrium; w środku jego, na posadzce różowéj biła srebrzysta fontanna, któréj bronzową podstawę zdobiła postać nimfy przegiętéj lubieżnie i wyrzucającéj z ust wodę, rozbijającą się o konchę, którą trzymała w dłoni.

Z ganku budowy téj widać było całą dolinę, zamkniętą szczelnie stromemi skały i jak kosz zieloności i kwiatów, napełnioną całą krzewy i woniejącemi zioły. W pośrodku tylko łączka opasana chodnikami marmurowemi, tworzyła jakby arenę tego cyrku.

Wszystko to oświecone już było pozawieszanemi wśród drzew lampami, misternie poumieszczanemi w gałęziach, ale jeszcze puste... Ptacy tylko, zbudzeni światłem, szczebiotali na swych gniazdkach. W górze, strop téj rozkosznéj sali Cezara stanowiło sklepienie szafirowe nieba włoskiego, wysadzane gwiazd tysiącem...

W głębi domostwa, którego obszerne atrium, to jest piérwszy podwórzec wewnętrzny, ostawiony kolumnami do koła, ze trzech stron otaczała wykuta skała, już widać było po za wodotryskiem krzątające się sługi i przysposabiających ucztę wieczorną; ale Cezar i jego biesiadnicy nie wprzód zasiedli, póki w małych bocznych izbach łaziebnych, ciała i sukni nie przygotowali do uczty. Tuż niżéj były te kąpiele zawsze gotowe, w których odzież i wodę i niewolników podostatkiem znaleźli.