— Pisze swe wiersze greckie — odparł wesoło Hypathos — odprawił mnie na dziś, włożywszy ten wieniec z koszyska (werbeny) na głowę... i pozwolił swobody... Twarz jego dziś rozweselona i jasna... Priscus nagotował mu w willi Julii biesiadę, do któréj nikogo nie przypuszczano, prócz tych, co w niéj uczestniczyć mają... Nawet Macron pozostał przy Naewii... czemu nie rad Cajus podobno.

I uśmiechnął się chłopak zwracając ku Judzie, a Rachel poruszona weselem ofiary, co nie widziała zbliżającéj się śmierci, schwyciła go za rękę mimowolnie i wlepiła weń oczy łez jeszcze pełne.

— Wszak już do nich nie wrócisz? zawołała żywo... — jutro uciekamy ztąd wszyscy...

— Cicho niewiasto! — zgromił ją Helios po raz drugi — czekaj coć powiemy i słuchaj co każą. Na co ci mieszać się do spraw męzkich? zwiń szaty swe, stul usta i czekaj!

— Cóż to mówicie? — zapytał Hypathos zdziwiony i niespokojny.

— Że jutro ucieczka ztąd postanowiona — rzekł Helios. — Ja nie mam się czego śpieszyć, nie mogę uciekać, wy musicie. Ulp swą łodzią przewieźć was obiecuje, podzielę z wami co mam, a Bóg nie opuści biédnych.

Hypathos, któremu zawsze brakło męztwa, strwożył się i pobladł słysząc te słowa, zwiastujące mu nadchodzące niebezpieczeństwo, które mniemał dalekiém jeszcze.

— Tak prędko? — spytał cicho — jutro, ale będzież to ocalenie czy zguba?

— Bóg jeden wie! — przerwał starzec — potrzeba umieć umrzeć, kto chce żyć umieć. Juda i Rachel nie mogą tu dłużéj pozostać; ty zginiesz wśród pogan, do których serce przyrasta... wielki jest czas uciekać.

— Ale sprzyjaż pora ucieczce? — spytał Hypathos nieśmiało.