Wszyscy wstawszy, popadali zaraz na twarz przed przybyłym, a stary Tyro — tak zwano klucznika — jął ich pokazywać przybyłemu, z zimną krwią zastarzałego w niewoli i upodleniu człowieka.
— Oto ten — rzekł wskazując czarnego i barczystego ale ranami okrytego człowieka, którego pochodzenie wschodnie zdradzały rysy twarzy i dzikie a dumne wejrzenie — jeszczeby się na cóś przydał może, ale pracować nie chce; potrzebuje nieustannego smagania, bo go już i głodem darmośmy morzyli.
Niewolnik spójrzał na starca jakby mowę jego rozumiał, i poprawił czapki kształtem przypominającéj frygijską, potém stęknął głosem ogromnym, aż Juda wzdrygnął się, usłyszawszy ten boleśny jęk jego piersi.
— Jest to Parth — dodał stary — z tych ludzi, wiadomo, rzadko się uda co dobrego, ale ręczyska silne. Mówiłem ja dawnemu panu, żeby go nie kupował, ale niecny mango (zręczny handlarz) skusił go szerokiemi ramiony, któremi go chwalił. A w ergastulu to zamiera, przywykłe do powietrza i swobody...
Ten drugi — mówił wskazując człowieka, którego jedna ręka po pięść była ucięta — pochodzi z lasów Germanii; na placu boju musiano mu pięść urzezać tak się bronił wściekle... Jeszczeby go do młyna użyć można, ale młyn się nasz zepsuł i nie było go za co naprawić.
Człek ten stary i siwy, był olbrzymiego wzrostu i rysów twarzy niemiłych, warg wielkich, niekształtnego nosa, cery białéj poplamionéj żółto i wejrzenia osłupiałego, ale chwilami zbielałe jego oczy, z pod brwi nawisłéj i zarosłéj strzelały nienawiścią dziką i żądzą zemsty okrutną... Grzbiet miał pochylony, a ciało z za szmat odartych wyglądało włosem okryte i błotem zwalane... Chlamyda z niego padała kawałami, gdzie niegdzie wicią poczepiana. Wzrok, który rzucił na Judę, przeszył go głęboko: uczuł w nim nieprzyjaciela.
— Ten już do niczego — mówił daléj Tyro ukazując trzeciego, bladego ale jeszcze młodego człowieka, który leżał na słomie wstać niechcąc, czy też niemogąc — to dzikie jakieś stworzenie od Gothońskich brzegów, Swew może, ale go o nic dopytać nie można. Mrze głodem dobrowolnie, języka jego nikt nie rozumie, on niczyjego. Sprzedać go chyba, to jaki mango, poczerwieniwszy i odpasłszy, a wystawiwszy catastę (rusztowanie, z którego pokazywano niewolników kupującym), może sobie z nim da rady.
W Judzie największą może litość wzbudził ten zamyślony i obojętny niewolnik, którego nawet bicz Tyrona, sine pręgi zostawujący na plecach, do wstania nie zmusił. Spójrzał tylko na kata obojętnie i leżał jak wprzódy, nie ruszywszy się z miejsca, zdając się wyzywać razów. Wyniszczenie nadzwyczajne znać było na tém ciele, zżółkłém jak roślina, która nie widzi słońca; twarz malowała nieprzezwyciężoną rozpacz, przeszłą już w ołowiane odrętwienie.
— Gdyby był zdrów, jeszczeby i bardzo mógł w ogrodzie pracować, bo to młode i silne... ale uparty, a niczém go pożyć niepodobna... Nie zapłacze choćbyś go ubił, a leżąc tak całe dnie we łzach się kąpie. Znać musiał tam kosztować lepszego bytu. Z niego nie będzie pociechy i nie wielka szkoda gdy zdechnie, jak się spodziewam...
— Ten czwarty — rzekł wreszcie wskazując kalekę z nogą strzaskaną i bezwładną — rusza się o kiju i jednéj nodze dość dobrze... a ręce to jeszcze ma silne... Iberyjczyk, zresztą niczego, usłużny, wesół, tylko nie wiele umie. — Jam temu nie winien, i nie dziw zresztą, że tak pochudli — dokończył staruszek — dawno już o nas zapomniano; jeść dniami nic nie było, trochę fasoli i bobu, trochę zdziczałych owoców lub ryby, co się kupiło w porcie za sprzedane owoce... Woda nam zagniła i śmierdzi... doprawdy, jam nic nie winien...