— Będziesz miał wszystkie jego wady, — rzekł Tyberyusz, — z cnót żadnéj.

Bawiąc się z wnukiem, gdy czerwone od zazdrości oko Caliguli spotkał starzec wlepione w to dziecię, — rzekł cichym głosem do niego.

— Zabijesz go, Cajus, ale ciebie zamorduje drugi...

Te półsłówka, wejrzenia, poczęły przerażać coraz bardziéj Caligulę i Macrona; naradzali się, nie wiedząc co począć, czekać jeszcze czy koniec i rozwiązanie przyspieszyć? Macron począł się radzić Heliosa o życie Cezara, Helios nic mu powiedziéć nie umiał, Charicles śmielszy i pragnący się wodzowi przypochlebić, zaręczał że dni zostało niewiele.

Lękano się wszakże już codzień bezsilniejszego starca, i dawny strach przejmował ich na jedno jego skinienie, choć Cezar o sobie tylko myślał, czując się u schyłku.

Dawny nałóg tajenia się ze wszystkiém i dziś go nieopuszczał jeszcze, lękał się aby osłabienia jego i zwątlenia nie odkryto; im bardziéj czuł się chorym, tém mocniéj pragnął siłę okazać i zdrowie. Nie tylko więc nie wstrzymywał się od jadła, napoju i rozpusty, jak mu Helios doradzał, ale coraz dłużéj przesiadywał za stołem i pił z towarzyszami często do upadłego.

Naówczas kocie jego oczy zwracały się z szyderskim wyrazem na Cajusa i Macrona, uśmiech błądził po sinych wargach, a spiskowi drżeli o siebie, widząc jak codzień dla nich był słodszym.

Brakło może tylko Tyberyuszowi narzędzia, aby Macrona obalić i Cajusa się pozbyć. Ale dziecię Germanika drogie było Rzymianom, którzy przebaczając mu wiele, ojca i przyszłości nadzieję widzieli w nim tylko; Tyberyusz obawiał się gwałtowniejszego kroku, by nie przyspieszyć wybuchu, którego się domyślał — udawał ślepego...

Macron, choć posądzany, podnosił się słabością Tyberyusza do coraz większéj władzy; Rzym widział po za nim Cajusa. Odważał się nawet do osobistéj zemsty, mimo wiedzy starca, do którego przystąpić nikt nie mógł ze skargą, i czynić zadość nienawiści osobistéj, posługując się do niéj imieniem Cezara. Tak, bez wiedzy jego posłał Macron do Senatu delacyę na Albucillę, kobietę osławioną, która wyszła była za Satriusa, znanego także z donosów, oskarżając ją o rozpustę i bezbożność względem Cezara (impietas in principem)68.

W liście pisanym do Senatu zuchwały pretoryanin, aby skrócić procedurę i nie dopuścić uniewinnienia wyraził: że sam wybadał winnych i niewolników brał na tortury. Od Tyberyusza nie było słowa w tym przedmiocie do Senatu, ale już list Macrona stał się dostatecznym. Zamięszani w tę sprawę Domitius, Vibius i Arruntius, ludzie wysokiego rodu i wielkiéj zasługi. Dwaj piérwsi już przeczuwając prędką zmianę panowania, gdyż mimo tajemnicy otaczającéj go, słabość Tyberyusza była wiadomą a wiek późny i rozpusta kazały się domyślać prędkiego końca — nie spieszyli się ze śmiercią. Vibius powoli niby głodem się morzył, Domitius gotował do obrony układając mowę.