— Kiedyż? — rzekł Cajus.
— Fatum wie tylko... dziś... jutro... za godzinę... Zobaczemy go u stołu, reszty życia uczta zabierze...
Macron i Cajus cicho cóś z sobą szeptać poczęli, wtém szmer dał się słyszeć i niewolnicy niosący przybory do wieczerzy, poczęli się snuć w portykach.
Cezar wychodził z łaźni, Cajus śpieszył z nim dzielić triclinium.
Izba, do któréj wezwano starych biesiad towarzyszów, przygotowawszy w niéj stoły, była z obu stron otwartą i dokoła kolumnami otoczoną. Z dwóch boków jéj podniesione zasłony purpurowe ukazywały w ramach szerokich drzwi, głąb’ ogrodów willi już kwitnącemi i wonnemi obsypanych krzewami, a w drugą stronę szerokie morze i śpiącą na nim flottę. Chociaż kilkanaście dni jeszcze dzieliły od Kalend kwietniowych, wiosna na tém szczęśliwém wybrzeżu rozwijała się już z całą siłą i przepychem klimatu najrozkoszniejszego pod słońcem. Powietrze wonne, śpiew ptaków, zapach kwiatów, uśmiech wiosny — wszystko zachęcało do życia, odzywając się weselem... Spokój wieczorny pocałunkiem Hespera zdał się wygładzać morze, którego niezmierne płaszczyzny tak były czyste i jasne, że w nich jak w zwierciadle odbijały się wyspy i lądy i blaski zachodu i białe willi gmachy.
Zorza zachodzącego słońca ciepłemi promieniami stroiła ten krajobraz niezmiernego wdzięku, tak uroczysty i wielki, że oczy nawet znękanych życiem ludzi, zwracały się ku niemu, by zeń trochę pokoju i nadziei zaczerpnąć.
W jadalnéj izbie tak na dwie otwartéj strony, przysposobiono ucztę mającą zatrzymać biesiadników przy stołach do dnia, ucztę, która dla zniewieściałych Rzymian ówczesnych stanowiła najważniejszą w życiu godzinę. Zwykły dwór Cezara, niewielki liczbą, znanych twarzy kółko, otoczyło Tyberyusza, którego złożono na łożu wspaniałém, sadzoném perłową macicą i złotém, widać było, że ostatka sił dobywał, aby dotrwać do końca, i niespokojném okiem mierzył świadków, niezręcznym śmiechem aktora, pokrywając trawiącą go boleść...
Spotkał wzrok Cajusa zwrócony w siebie, badawcze oko Macrona, i domyślił się raczéj niż wyśledził, że Charicles w ruchach jego symptomów choroby szukał.
Napróżno wesołą usiłował począć rozmowę, nic nie szło, nie było mówić o czém; Thrasyllus, Retorowie, wszyscy milczeli, nie umiejąc słów znaleźć.
Tyberyusz czuł że go badano, milczał bojąc się zdradzić głosem, usta wśród uśmiechu zaprawiały się goryczą, zadumywał długo trzymając czaszę przechyloną, z któréj wino i róż liście spływały na purpurową szatę. Jak cienie na polach Elizejskich przesuwały się przed nim śliczne postacie młodzieńców i dziewcząt posługujących do stołu... a w piersi Cezara młodość ich budziła uczucie zazdrości.