Towarzysze Swewa ujrzawszy jak go Galilejczyk słowem dźwignął na nogi, rzucili pracę i kamienie i kosze, któremi ciężary przenosili, i motyki, któremi kopali ziemię, a zeszli się kołem otaczając podróżnego, aby go oglądać.
Dziki nawet Part patrzał nań okiem ciekawém w krew oprawném, ze zdumieniem zwierzęcia, które niepojętą znalazło siłę; Tyro stary oczy przygasłe wpoił weń, siwą potrząsając głową.
Naówczas do każdego z nich z osobna począł się w jego języku odzywać Galilejczyk i zdumiał ich bardziéj jeszcze. A mówił do nich w te słowa:
— Jestem posłem do was, nie od ludzi, ani od królów ziemi, ale od Boga. Przyszedłem nie do panów i bogaczów a władców świata, ale do ubożuchnych i znękanych, abym pot otarł z ich skroni i pocieszył, swobodę zwiastował i wyzwolenie.
— Jak to może być? — odparł Iberyjczyk o czarném oku — gdy niewola jest wszędzie i wojna wszędzie, i jedni są by cierpieli, drudzy by się pastwili nad nimi?
— A ja wam zwiastuję pokój i skruszenie więzów i braterstwo wszystkich — zawołał Apostoł.
— A z czegoż człowiek żyć będzie, i co czynić, jeśli ustanie wojna? — zapytał Part.
— Żyć będzie słowem, karmić się duchem Bożym i używać pokoju! — odpowiedział poseł. — Świat tak się odmieni, iż nowym się stanie, i nie będzie ani Rzymian, ani Greków, ani Partów i Scytów, ale jeden naród braci i synów Bożych.
— Jako to być może — przerwał Myron — kiedy inaczéj było cale od początku świata?
— Ja wam powiadam, iż ten cud ujrzy ziemia, a pocznie się odrodzenie nie na tronach i w pałacach, ale w ziemi i grobach, od tych, któremi świat pogardził, któremi pomiata... I od początku do końca jednym cudem się stanie.