Gaj przytykał do skalistéj zewsząd ściany, jakby w olbrzymie wschody połamanéj i rozbitéj; stopnie te nagie, gdzie niegdzie rzucone, winne ubierały latorośle... żadna ścieżka nie wiodła tędy w dolinę i Cezar mógł spokojnie bezpieczny błądzić w zaczarowanym swym świecie.

Szedł téż powoli, chcąc zapewne ukryć boleść trawiącą raczéj, niż się widokiem swawolnych nacieszyć obrazów; stawał i oko jego wydęte, osłupiałe, zatrzymywało się długo, nieruchomie poglądając na przedmioty, nie widząc nic przed sobą, tak silne wewnątrz piekły go męczarnie... Zacięte usta tylko o tém świadczyły.

Nagle, podchodząc ku ścianie, pod którą wiła się ścieżka, oko jego, lepiéj w ciemnościach widzące niż we dnie, skierowało się w jedno miejsce przymroczone, w którém widać było dwie nieruchome postacie.

Nie należały one do tego igrzyska, gdyż ciemnemi okryte były szatami, stały ukryte umyślnie; ale wśród cieniów nocy, twarz kobiéty i mężczyzny kocim oczom starca stała się wyraźną. Tyberyusz, dostrzegłszy ich, stanął zdziwiony, przerażony i mimo wielkiéj mocy nad sobą, z przestrachem krzyknął głosem drżącym:

— Agrippina!

W téjże chwili zjawisko niespodziane, na odgłos rozlegający się wśród ciszy, usunęło się nagle i znikło w głębi groty, na któréj tle chwilę się tylko ukazało...

Tyberyusz stał niemy... w około niego już znowu przesuwały się gruppy swawolne, on nic nie widział, jakby w miejscu przykuty. Klasnął w dłonie... Priscus przyskoczył uradowany, ale postrzegłszy brew chmurną i wargi ściśnięte, stanął przelękły.

— Priscus... tam! tam! — wskazał mu ręką na grotę — obce twarze, jacyś ludzie... mężczyzna i kobiéta... widziałem ich, weź ludzi i szukaj.

Sługa nie zrozumiał.

— Widziałem tu obcych, nigdzie nie jestem bezpieczny... kobiéta! zkąd tu ta kobiéta? chcę ją widziéć z blizka... kto ona?