— Słuchajno Motruno — rzekł stojąc w pośrodku izby — Romy (cyganie) wszystko mi popsuć mogą. Spieszyłem z kuźnią rachując na porę roboczą, że zmusi wieś pójść do mnie, jeźli oni tu postoją ze swoją, wszyscy zwrócą się do nich, i my przepadli.
— Za cóżby mieli ich woléć od nas? — spytała Motruna.
— Tamci im nic nie zrobili — jam dla nich winowajca!
— Ale cóż poradzić na to? — spytała kobieta, oczy na niego podnosząc.
— Co? — zawahał się Tumry — co, ja sam nie wiem. Pójdę do nich i powiem, żeby szli daléj.
— Ty! ty do nich? — krzyknęła, porywając się z siedzenia kobieta — po co? żeby cię pociągnęli, z sobą, żebyś przepadł z ich ręki, żeby cię zabili, otruli, oczarowali? Nie! nie! ja cię nie puszczę, i ty nie pójdziesz!
Te słowa wyrzekła tak gwałtownie i namiętnie rzucając mu się na szyję, że Tumry zamilkł przemożony odrazu jéj boleścią; ale śmiertelna bladość twarz mu okryła, i spuścił głowę jak skazany na ścięcie.
— No! to zginiemy, kiedy ty mi nie ufasz, Motruno — rzekł na pozór spokojniéj.
— Ja ci ufam, ja tobie wierzę; ale im ufać nie mogę... Cyganie mścić się będą, żeś uszedł od nich!..
Tumry jakoś się rozśmiał szydersko.