Tumry chciał iść do dworu, ale nie śmiał; wahał się, od dnia do dnia zwlekał, a sam siedział z założonemi rękami, czekając, zdaje się, śmierci czy jakiegoś końca, z poddaniem się losowi zdrętwiałém.

Aza o wszystkiém wiedziała od Jagi, która co dzień chodziła pod namiot i widywała się z dziewczyną; a choć miała czém pomódz Tumremu, nic nie zrobiła dotąd.

— Dobrze mu tak — mówiła przez zęby białe ścinając usta — chciał białéj kobiety i życia gnuśnego w chacie, chciał być gadziem, kiedy go Bóg Romem stworzył, niech cierpi! Życie siedzi głęboko: głód go i ból nie dostanie!

Jednakże przechodząc około cmentarza, codzień oko jéj mglistszém wejrzeniem patrzało na lepiankę; i raz, gdy pan Adam u nóg jéj po obiedzie spoczywał, czekając jaki rodzaj nowéj męczarni wymyśli nań dziewczę nielitośne, odezwała się do niego:

— Słuchaj Raj Adamie: co wam zrobił cygan Tumry, że u was z głodu umiera?

— Kto? gdzie? — z ciężkością przypominając sobie, zapytał pan Adam.

— Kowal Tumry, co siedzi pod cmentarzem.

— Wszakżem mu dał żonę, krowę i pieniądze? — rzekł ziewając pan Adam — czegóż chce więcéj?

— A ludzie twoi go prześladują: nie ma roboty, odpychają go wszyscy, siostry i bracia zaparli się ich! Czyżbyś ty nie mógł rozkazać, żeby było inaczéj?!

— Rozkazać ludziom żeby kochali? — z uśmiechem zapytał pan domu — samaż mi powiedz czy można?