— A jak pan każe? — spytał Lach.
— Albożto do karczmy czy po staremu do młyna żeby nas pilnowali na bok nie jeździć! hę? Co to kowal nas w arędę wziął?
— Jaki z ciebie mędrzec — odparł Lach — No! no! pamiętajże, weźże się i gadać za gromadą, jak jutro będzie potrzeba.
— Myślicie że nie potrafię? spytał Skorobohaty — Oj! oj! oj! tyleby biédy; i powiem choć i panu co się parzy!
— A żeby my tak, ojcze podumali, rozmyślili się — przerwał Maxym — czy warto nabożeństwo świeczki? Za czyją to duszę pokutujemy, mając majstra pod nosem, chodzimy o milę i więcéj? Komu to złość jeśli nie nam?
— A gromadzkie słowo? — spytał Skorobohaty — a Lepiuk?
— Umarł, pochowany, i święty mu pokój! Na co go z grobu wywlekać.
Na tę rozmowę nadeszło kilku innych gospodarzy i domysły o jutrzejszéj gromadzie, to jest zborze do pana, a narady względem odpowiedzi jakąby dać wypadło, jeźliby chciał na kowala namawiać, rozpoczęły się na nowo.
Zdania były dość podzielone! jednakże brat starszy Motruny, a za nim większość ze Skorobohatym, głośno krzyczała, że gromada na swojém postawić powinna. Jak zawsze, choć może mniéj było upartych, ale ci co się uparli, krzyczeli głośno, pociągnęli słabych, i zagłuszyli nieśmiałych! Maxym Lach nie odważył się odezwać, Filip, brat Motruny, ust nawet nie otworzył.
Można więc było już przeczuwać co się stanie we dworze; bojaźliwsi zamilkną, krzykacze zagłuszą nieśmiałych i zostaną przy swoim uporze.