— A tobie co do niego! — gniewnie odpowiedziała Motruna.
— Mnie!! — uśmiechając się gorzko odrzekła cyganka — chyba nie wiész kto ja jestem?
— O! poznaję cię! — szydersko, może raz piérwszy w życiu odezwała się kobieta — tyś Aza.
— Tak, Aza jestem; ale gdzież Tumry? gdzie? co się z nim stało? Mów kobieto a prędzéj!
— Ty lepiéj zapewne wiész o nim odemnie! — cofając się zawołała Motruna.
— Nie wrócił więc wczoraj? nie wrócił! — popędliwie poczęła pytać Aza.
— Nie wrócił! — cicho i posępnie powtórzyła echem kobiéta, z któréj oczu ciekły dwa długie łez strumienie, a przez nie przecież oczy zbolałe wpatrywały się ciekawie w twarz ślicznéj cyganki.
Aza ręce załamała, i jak stała, upadła cała na ziemię, poczynając zawodzić po cygańsku, i ręce załamawszy nad głową.
Ten płacz istoty tak do niego nie stworzonéj, do reszty przestraszył Motrunę: oniemiała z przerażenia.
— Ona wié, ona wié! — zawołała — co się z nim stało; ona go musiała zabić!!