— Słaba! gorzéj niż słaba — odpowiedziała przerywanym głosem Motruna — przyszedł czas umierać!
— Cóż to gadacie; krzyż z wami! Albożto sobie kto sam śmierć przepowié! No! no! cóż ci to jest? powiedzno hołubko, a może co poradzimy.
— Gdzie tam! gdzie tam! — potrzęsła głową siadając na kłodzie Motruna, któréj nogi drżały i świat się w oczach kręcił.
Sołoducha trochę się uczuła dotkniętą tym brakiem ufności w swoją sztukę.
— Jużciż nie po coście do mnie przyszli, tylko po radę? — rzekła uśmiechając się.
— Oj! nie po radę, nie — zawoła spocząwszy trochę kobiéta — ale po miłosierdzie... Mnie już taki nie żyć, to darmo!
Dziad i baba pilniéj coraz przysłuchiwać się poczęli, a przybyła tak głosem przerywanym mówiła:
— Jużto ja nie dziś czuję, że umrzeć potrzeba niedożywszy siwego włosa... A! i nie żalby mi było świata, gdyby nie dziecina sierota!... Ot tak Sołoducho, matko kochana, życie uciekało, uciekało i uciekło; darmo ziele warzyć i zażegnywać, Pan Bóg wié co robi: przekleństwo ojca wisi nademną. Spokojniebym umierała, spokojnie, gdyby nie dziecina; ale we wsi nie ma cyganicha brata, nie będzie miéć cygańskie dziecko opiekuna. Marysia moja zwala się i przepadnie. Takiéj męki jak moja, wy nie rozumiecie, Sołoducho. Żyłabym żyła, żyła i męczyła się, żeby dziécię wychować, a to Bóg nie pozwala za grzechy moje. A! co się stanie z Marysią moją!
— Albo to Pana Boga nie ma? — odparła Sołoducha — albo to na świecie wilcy nie ludzie?
— Oj! jest Pan Bóg, jest, ale srogo za grzech karze; a ludzie...