Dziad stanął we drzwiach i począł przysłuchiwać się trzęsąc głową.
— Kiedybo widzicie — rzekła Sołoducha kręcąc w ręku róg fartucha — to się dobrze potrzeba namyślić, żeby znów na próżną miskę nie zaprosić. Wy wiecie, jakie życie nasze: jałmużna i miłosierdzie boskie; ledwie mamy chleba kąsek... Nie pożałowalibyśmy go, ale jéj u nas dobrze nie będzie.
— A gdzież jéj będzie lepiéj? Bogaty gospodarz gdyby i wziął, to będzie sierotą pomiatać. Wy swoich dzieci nie macie, samiście ubodzy, rychléj się zlitujecie nad biédactwem, oczu jéj przynajmniéj chlebem nie będziecie wykałać.
Znowu starzy milczeli, aż Rataj się nareszcie wywlókł o kiju z chaty i stanął przed Motruną.
— Słuchajno, sąsiadko — rzekł raźnie do cyganichy — co tu długo gadać... My Marysię weźmiemy, a jakby Sołoducha nie chciała, no! to jéj kijem boki wyłatam.
Stara rozśmiała się na całe gardło i poskoczyła do męża; nie rada była małżeńskich kłótni rozpościerać przed ludźmi.
— A! mój ty stary, — poczęła słodko — ciebiebo zawsze żarty się trzymają. No! no! schowaj kija na psy, jakoś my się zgodzim!
Rataj pomruczał coś i zamilkł; Motrunie łzy z oczu pociekły.
— Wy ją weźmiecie, wy się nią zaopiekujecie, bo jak nie wy, to już nikt; tylko nędza zna co to cierpiéć, i ulituje się nad sierotą... Sołoducho, matuniu, bądź jéj matką! ja za was i w grobie modlić się będę!
— Nie turbujcież się już o dziecko — przerwała baba — kogo Pan Bóg stworzył, tego nie umorzył.. Jeszcze wy ją sami wyhodujecie.