— Albo to ja za jałmużną? — ofuknął się Rataj — chybaście mnie nie poznali? Czy to ja po swojéj wiosce bez prażniku będę żebrał? Tfu! Maxymie, w głowie się wam przewraca: czy nie znacie Rataja? Czy to już wam ławę przełamię jak na niéj odpocznę? — i Maxym się zawstydził i pokraśniał.

— Nie łajże stary, — rzekł, — siadajcie, odpoczywajcie, a tom was doprawdy nie poznał.

— No! no! stare dziadzisko gniewać się niepotrafię; mój chléb mnie do wszystkiego przyzwyczaił: i do ludzkiéj litości i do ludzkiego łajania... Przysycha to jak na psie. A klnie kto mnie, odeklnę go w dziesięcioro!

To mówiąc Rataj ławę namacał, zamilkł na chwilę, jakby słuchał szelestu najmniejszego, żeby zeń o liczbie osób w izbie będących przekonać się, i począł ciężko westchnąwszy:

— A wiécie, jakie na mnie spadło dziedzictwo?

— No? jakie dziedzictwo? — spytali razem Maxym i Filip.

— A! po waszéj siostrze Motrunie!

Bracia jakby im kto gęby pozalepiał, umilkli; stary się téż nie śpieszył mówić dalej.

— Aż mi serce rośnie, — dodał po chwili — dawnom sobie dziecka życzył, a to na starość mnie i mojéj babie Pan Bóg dał gotowe, wyhodowane, i takie co się z niém i przed królem nie powstydzisz. Motruna mi swoją córkę zostawiła.

— A! a! — odezwali się obaj bracia.